|
|
STRONA GŁÓWNA | SPIS TREŚCI | SPIS KAPSUŁ | ZIELNIK SYRENIUSZA WYDANY W 1613 |
Im słoneczko wyżej,
tym Sikorski bliżej...
Rozdział 6. Oczekiwanie, nadzieja i pewne sprawy prywatne.
Nowa, nieznana Arkadia, pełna uroku, lecz też skazana na zagładę – ojciec wraca z wojny – relacje o okupacji ZSRR.
Na niebie, kołowały nieprawdopodobne stada ptaków. To widowisko powtarzało się dwa razy dziennie, rano i wieczorem, ale za drugim razem bez porównania bardziej imponująco. Przed zapadnięciem zmroku, chyba wszystkie wrony z całego Ostrowca zbierały się i udawały na spoczynek do lasu po przeciwnej stronie ulicy. Rano budziły się, ale to odbywało się mniej widowiskowo, szybki i zdecydowany odlot. Natomiast wieczorem, nadlatujące wrony przez pewien czas krążyły, widocznie szukając i wybierając sobie wygodne miejsca. Albo też był to jakiś rytuał towarzyski, jedna chmura ptaków za drugą, wiry wolno obracały się łączyły ze sobą, tysiące i dziesiątki tysięcy ptaków, wyglądało to, jakby całe niebo zaczęło się obracać, jakby miał rozpocząć się cyklon.
Zdumiewające, że mrozy zupełnie nie miały wpływu na ten codzienny ceremoniał. A mrozy nadeszły fantastyczne i, choć to wydawało się niemożliwe, co dzień silniejsze. Już od kilku dni rtęć w termometrze skrzepła, temperaturę odczytywano na starym termometrze alkoholowym, przybitym po drugiej stronie ganeczku. Termometr ten, chyba jeszcze z czasów carskich, pokazywał temperaturę w stopniach Reaumire'a i trzeba dopiero było przeliczać ją na skalę Celsjusza. A ponieważ z wiekiem termometr ten stał się pesymistą i jego ciemno-niebieski słupek cieczy trwale się obniżył, trzeba było następnie do wyniku dodać stałą poprawkę. W każdym razie, skoro rtęć skrzepła temperatura musiała być niższa od -39 C, a z przeliczeń doświadczonych znawców alkoholowego zabytku wynikało, że wczesnym rankiem mróz wynosił od -42 do nawet -46 stopni C. Takich mrozów nie pamiętali najstarsi ludzie. Nawet zakładając, że ci najstarsi ludzie i tak niewiele pamiętali, to jednak coś. Pierwsza zima w życiu Angusa, 1928/9 też podobno była bardzo mroźna, ale opowiadano mu, że wtedy mrozy przekraczały w porywach -30 C, co i tak uważano za niebywałe. Teraz było aż o kilkanaście stopni zimniej.
Ludzie różnie tłumaczyli tą zadziwiającą anomalię. Znaczna większość winiła za to niemieckie lotnictwo, twierdząc, że to codzienne przeloty tysięcy samolotów tak wymieszały atmosferę, albo w ogóle zmieniły naturalną cyrkulacje powietrza. Angus powątpiewał, a jeszcze bardziej upewnił się w tym, kiedy w następnym roku. Chociaż lotnictwo niemieckie latało wtedy w drugą stronę, zima też była bardzo surowa. Wszystkie zimy do końca wojny były bardzo ostre, lecz nigdy aż tak, jak pierwsza, stopniowo łagodniały.
Inni znów, ale to znikoma mniejszość, wyjaśniali to, zdaniem Angusa bardziej racjonalnie tym, że po gorącym lecie i wyjątkowo ciepłej, pogodnej i długiej jesieni, która po prostu nie chciała się skończyć, bardzo ostra zima to po prostu powrót natury do równowagi. Średnia roczna w ten sposób wracała do normy. Jeżeli jednak podobne, też bardzo mroźne, choć jednak wyraźnie łagodniejsze zimy się powtarzały, to podobna jesień, która tak fatalnie zaważyła na przebiegu kampanii w Polsce, nigdy. To był niewątpliwie wyjątkowy fenomen natury.
Od czasu zapanowania mrozów, Niemcy przestali być widoczni, jakby ich chwilowo w ogóle nie było. Samochody, mimo zarządzonego obowiązku odgarniania szosy, nie jeździły, gdyż podobno nie dało się w ogóle uruchomić motorów. Te wielkie mrozy nie były specjalnie dotkliwe, powietrze spokojne, wiatrów prawie wcale i przez cały czas świeciło słońce, co poprawiało nastrój.
Dzieciaki, zwłaszcza łobuziaki z uboższych domów przy ul Piaski, prawie codziennie biegały przyglądać się niemieckim koszarom w dawnym gimnazjum i szkole naprzeciwko. Przynosiły zabawne wiadomości. prześmiewali wartowników przed budynkiem, ubranych nieprawdopodobnie grubo, tak, że prawie wcale nie mogli się ruszać. Zwłaszcza komiczne wrażenie robiły bardzo grube, ponad półmetrowe buty, uplecione z warkoczy słomy, w których właściwie nie było można chodzić. Doszło do tego, że grupy młodych łobuzów prześmiewały i wprost prowokowały wartowników, a pewnego razu nawet obrzuciły ich śnieżkami. Żołnierze zerwali karabiny, ale tylko grozili nimi, być może chcieli strzelać, ale bez skutku, mimo majstrowania broń nie chciała wypalić.
Za drugim razem, w podobnej sytuacji, wartownicy wezwali grupę żołnierzy, którzy widocznie czekali już na to w ogrzanych pomieszczeniach. Cała grupa wybiegła, najwidoczniej była to przygotowana zasadzka na dzieciaki, ale bezskutecznie, dzieciaki uciekły, a żołnierze szybko wrócili do budynku bez rezultatu. Tym razem padło kilka strzałów, ale nie z karabinów, te nadal nie odpalały, lecz z broni krótkiej. Być może były to tylko strzały w powietrze, na postrach, chociaż oczywiście dzieci mówiły co innego. Po niedawnym zastrzeleniu na szosie dziewczynki żydowskiej, rzeczywiście można było spodziewać się wszystkiego najgorszego. W każdym razie więcej tego nie próbowano, bo gdy sprawa stała się głośna, rodzice chłopaków spuścili im lanie i kategorycznie zabronili tak ryzykownych wygłupów.
Angus nie widział osobiście tych zdarzeń, znał je tylko ze słyszenia, ponieważ w ciągu tych dni zmienił kierunek drogi. Gdy wychodził, kierował się teraz w przeciwną stronę, od szosy dalej polną drogą, do kaplicy, prowadzonej przez siostry zakonne. Przy zbiegu ulicy Piaski i szosy, rozpoczęto już budowę nowego kościoła, ale na razie wykonano tylko fundamenty i zwieziono stosy cegieł. Przewidziany na przyszłego proboszcza, ksiądz superior (cokolwiek to znaczyło) Młynkowski odprawiał na razie nabożeństwa w kaplicy i mieszkał także przy niej. Miał tam zresztą lepiej, niż później na probostwie, bo zarówno te siostry, jak też i wszystkie okoliczne "panie z towarzystwa", a także mające pretensje, żeby się do nich zaliczać, bardzo o niego dbały. Ksiądz właśnie w czasie wyjazdu matki, chodził już po kolędzie i dotarł do domu Misiorów. Przyjmowany z wielkim staraniem i rewerencją, poświęcił najpierw absolutnie wszystko, co się dało, potem usiadł do stołu w dużym pokoju, porozmawiał też łaskawie z Angusem i zalecił mu modlić się. Angus akurat robił to i tak, aż nadmiernie; zarówno u siebie w pokoju, jak i chodząc co dzień do kaplicy.
Pomimo mrozu, spacer do kaplicy był piękny. W słońcu i przy czystym niebie, szło się ok. 2 km ścieżką głęboko wydeptaną w śniegu, który od czasu do czasu opadał poniżej głowy i umożliwiał rozejrzenie się, a czasem był wyższy, nawet tworząc tunel, nad głową miało się sklepienie ze śniegu. Ale Angus nie chodził dla podziwiania pięknych widoków, ogromnie niepokoił się o matkę. Co do ojca, to chociaż już od kilku miesięcy nie mieli żadnej wiadomości, był pewien, że ojciec poradzi sobie w każdej sytuacji. Ojciec bywał już w gorszych sytuacjach, przecież pamiętał je jeszcze z opowiadań, krótko mówiąc uważał nadal ojca za nadczłowieka, nie trzeba dodawać, że zupełnie niedorzecznie. Ale co do matki, niepokoił się bardzo, a będąc bezsilny, mógł tylko się modlić. To też robił to tak intensywnie, że pewnego dnia w kaplicy zemdlał i ocknął się, leżąc na podłodze. Na szczęście było pusto i nie zrobił ze siebie widowiska.
Gdyby nie ta sprawa, leżąca mu kamieniem na sercu, życie byłoby bardzo ciekawe i przyjemne. Wszystko w domu i całym gospodarstwie Misiorów bardzo mu się podobało, więcej, właściwie był zachwycony i oczarowany. Angus czuł się w tym środowisku bardzo dobrze, do tego stopnia, że doszedł do wniosku, że w mieście i to nawet w dobrych warunkach, jakie miał do wojny, jednak życie było niepełne. Tutaj stało się znacznie ciekawsze. Na przykład, mimo konieczności noszenia wody, wylewania potem pomyj, palenia ognia, rąbania drzewa itp. bliski kontakt z otaczającym światem był odświeżający, sprawiał że żyło się bardziej intensywnie i odczuwało otoczenie i naturę. Samo wyjście rano, na deski drewnianego ganeczku, spojrzenie na zamarznięty termometr rtęciowy po lewej stronie drzwi i potem odczytanie wielkiego termometru alkoholowego po prawej, przeliczenie na przykład -42 st., Reaumire'a na stopnie Celsiusza i odliczenie poprawki na błędne wskazanie granatowego słupka, stanowiło atrakcję, nawet bez dodatkowego przykładania wilgotnego palca do klamki (tylko raz dał się nabrać na język). A potem można było odkopać śnieg z ganku i zrobić dróżkę aż do szopki z drzewem. Na rąbanie, niestety, Angus nie miał pozwolenia, mógłby skaleczyć się, wywijając siekierą.
W tym czasie, pani Misiorowa doiła krowę, jedną z dwu, bo druga wkrótce miała mieć cielątko. Przynosiła całe wiaderko mleka, w ciągu dnia zebrało się około 20 l., brali ile chcieli rodzice i zwykle kilka litrów sprzedawała sąsiadom. Na śniadanie było gorące mleko i zupa mleczna, czasem z makaronem albo ryżem, ale najczęściej zacierka i trzeba dodać, że specjalność gospodyni, bardzo smaczna. Jedno wiaderko mleka zwykle zostawało na kwaśne, potem zbierano śmietanę i robiono twaróg.
Natomiast robienie masła należało bez kwestii do specjalności jej matki naprzeciwko. po drugiej stronie sieni. To wszystko na własny użytek, właśnie nabiał był podstawą pożywienia, twaróg, ser biały ale także różne inne sery, najczęściej smażony, to wszystko w różnych odmianach i przyprawach, do tego oczywiście jaja i okazyjnie kura. Mięso jedzono tylko na obiad co drugi dzień, nigdy przy innych posiłkach. W sumie więc typowe, proste wiejskie jedzenie, z tym, że wszystko świeże, obfite i naprawdę smacznie przyrządzone, gospodyni miała ten dar. Poprzednio posiłki jadano zwykle przy dużym stole w pokoju obok kuchni, tak było jeszcze gdy prowadziła stancję. Potem stopniowo przyjął się zwyczaj, że matka z Angusem brali śniadanie do pokoiku, a obecnie gdy Angus został sam, jadał razem z p. Misiorową i córkami przy stole w kuchni, bo pan Misior zawsze jadał śniadanie wcześniej i w czasie ogólnego śniadania, albo już wyjechał, albo pracował w obejściu. Tylko obiad zawsze jedli po staremu razem, w stołowym, kolację różnie, ale częściej też w kuchni. Specjalnością pani Misiorowej, oprócz porannej zacierki, była zwłaszcza tzw. zalewajka. której dotąd Angus nie znał, można powiedzieć że skrzyżowanie kartoflanki z żurem, oraz cała kolekcja zup jarzynowych, zawsze mocno zabielanych. Mięsa zaś gotowane albo duszone, prawie wcale nie było pieczonego, nawet drobiu. Jeżeli nie było mięsa, to zwykle jarzyny nadziewane farszem z jaj, często pierogi i inne potrawy z sera i jaj. Kuchnia zupełnie odmienna od tej, którą dotąd Angus znał, ale bardzo mu odpowiadała. Chwalił ją tak, że aż matka zwracała mu na boku uwagę żeby nie przesadzał, bo ona wprawdzie nie miała zastrzeżeń, ale przecież to tylko proste potrawy. Może i tak, ale Angusowi to właśnie pasowało. O chlebie własnego wypieku wspominano już wcześniej.
Drewniany dom, mimo wielkich mrozów zadziwiająco dobrze trzymał ciepło. A wynajęty pokoik, położony przy kuchni i ogrzewany kaflową, tylną ścianą pieca kuchennego, był chyba najcieplejszym pomieszczeniem w domu - oprócz samej kuchni, oczywiście. Prawda, że w piecu kuchennym, zaopatrzonym w wielki okap, (co Angus dotąd rzadko widywał, właściwie tylko na wakacjach) ogień palił się właściwie cały dzień. Po śniadaniu pokrywano zwykle żar popiołem i potem wystarczyło trochę rozgarnąć i dołożyć drobne drzewo na wierzch; podobnie po obiedzie do kolacji. Pokój stołowy miał własny piec, ale palono w nim tylko od czasu do czasu, zwykle wystarczały szeroko otwarte drzwi od kuchni, gdzie okap bardzo skutecznie wciągał zapachy, nie rozchodziły się one po pomieszczeniach. Natomiast w sypialni gospodarzy, oddzielonej korytarzykiem, zwykle palono w piecu, ale nie zbyt mocno, sypialnię utrzymywano najwyraźniej chłodniejszą, ale zimno i tam nie było.
Palenie ognia miało dużo uroku. Angusa najbardziej fascynowało rozpalanie w piecach kaflowych, zwykle przez przenoszenie pełnej łopatki żaru z kuchni. Rozpalał też czasem ogień w kuchni, ale nigdy nie mógł dorównać pani Misiorowej, ona chyba znała jakieś specjalne czary, kilka ruchów rąk i ogień palił się niezawodnie.
Piec kuchenny, oprócz wymienionego okapu, miał wmontowany na stałe prostokątny kociołek, zawsze pełen ciepłej wody (mieścił dwa duże wiadra). Matka i Angus, mieli w pokoju umywalkę i zwykle myli się tam, natomiast rodzina gospodarzy zwykle w kuchni, mniejsza miednica stała zawsze, a do rannych lub wieczornych ablucji ustawiano na drewnianym stołku w przejściu między piecem i stołem kuchennym wielką miednicę. A po pieczeniu chleba, zwykle jedna lub parę osób kąpało się we wannie, właściwie drewnianej balii, wykorzystując cieple pomieszczenie i wciąż jeszcze gorący piec chlebowy, do którego wstawiano garnki z wodą. Wprawdzie w balii nie szło się zanurzyć, a wodę trzeba było przynieść i potem wynosić, więc zużywano tylko kilka wiader (także i do miednic, nalewało się wodę oszczędnie). Przynajmniej na pokrytą cegłami podłogę można było chlapać dowoli, podczas gdy w domu należało uważać na podłogę.
Mimo tych atrakcji, życie w oczekiwaniu było dla Angusa dodatkowo trudne z powodu braku książek do czytania. Miał parę własnych, jak zakupione podręczniki oraz książki wypożyczone z czytelni, których już nie zwrócił, bo nie było komu. Biblioteki spotkał ten sam los, powtórzyła się ta sama historia, co przedtem w Poznaniu. Zostały zamknięte, a książki przeznaczone na przemiał. Dlatego też i tutaj, w tych ostatnich dniach działalności czytelnie wypożyczały książki właściwie bez ograniczeń, bo tylko wypożyczone mogły ocaleć. Jednak tym razem Angus miał tylko książki przygodowe, bez istotnej treści, nie mógł czytać ich w kółko bo jak znało się już akcję, przestawały być ciekawe. W tej sytuacji spróbował sam napisać książkę przygodową na wzór Karola May'a, który sam też przecież niczego nie widział, a jednak stworzył niezłe opisy geograficzne na wzór przeczytanych, tylko wymyślając wartką akcję. Ale to mu nie wyszło. Chciał przedstawić ucieczkę z Syberii, wykorzystując doskonałe opisy Ossendowskiego, tymczasem okazało się, że nie pamięta, co chwila staje przed mnóstwem niewiadomych, brakowało mu mnóstwo szczegółów i elementów, a nie miał możliwości dotarcia do źródeł ani nawet innych podobnych książek. Beznadziejna sprawa.
Natomiast w domu było raczej mało książek i dziwny wybór. Wyłożona na specjalnym stoliku, najwidoczniej do celów reprezentacyjnych, leżała wielka i gruba, starannie i bogato wydana biblia in folio. Angus otrzymał specjalne pozwolenie przeczytania jej, czego chyba żaden z domowników dotąd nie próbował. To było pełne wydanie, dobrze ponad tysiąc stron wielkiego formatu, obficie ilustrowane rycinami. Jednak niespodziewanie okazało się, że do czytania ta księga nie bardzo się nadaje, wprost trudno ją strawić. Angus nie miał dotąd pojęcia, że istnieje tyle różnych grzechów, występków, win i okropności, wprost koszmar, odechciewało się żyć. Ludzkość wydawała się zbiorowiskiem samych najgorszych łajdaków i potworów, w którym z trudem usiłowało przeżyć paru normalnych ludzi starając się zachować choćby najprostsze formy przyzwoitości. Ale to udawało im się tylko od czasu do czasu, natomiast bardzo łatwo wpadali w grzech i to nawet mimo bezpośredniej pomocy Pana Boga, który wtrącał się i interweniował co chwila. Jednak mimo oczywistych cudów, dobrych przykładów i kar, zwyczajny motłoch w ogóle na to nie zważał, jeżeli nawet czasem znalazł się pod wrażeniem czegoś nadzwyczajnego, to tylko na krótko i szybko o tym zapominając, grzeszył dalej. Najwyraźniej zniecierpliwiony tym Pan Bóg, w rezultacie postępował bardzo okrutnie. Wiele drastycznych opisów budziło zastrzeżenia, po prostu nie zgadzało się z tymi naukami zasad wiary chrześcijańskiej, które dotąd Angusowi wpajano.
Za dużo krwawej makabry, a zbrodni byłoby się z czego uczyć. Z drugiej strony, Angusowi przychodziło na myśl, że gdyby tak Pan Bóg zechciał teraz zesłać ze dwa niedźwiedzie, żeby rozdarły Hitlera i Stalina, zamiast dzieciaków, prawda, że bardzo niegrzecznie naśmiewających się z proroka, taki przykład byłby o wiele bardziej zbawienny i skuteczny dla całej ludzkości. Oczywiście, bardzo surowo potępiał sam siebie za takie myśli, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie dostosować się do poziomu Pana Boga na tyle, żeby Go rozumieć, a tym bardziej Mu doradzać. Jednak jedynym sposobem na takie myśli, było odłożyć lekturę, bo nasuwały się myśli niewłaściwe i wręcz buntownicze.
Jeszcze osobliwszy był zestaw literatury, który w zaufaniu pożyczyła mu Violet. Kilka książek popularnego przed wojną wydawnictwa "Rój" takich, jak "Wielkie kurtyzany", "Caryce" itp., oraz nie znane bliżej, obdarte z okładek "Kult ciała", "Żołnierz Pański" i parę podobnych, które można by właściwie określić jako zbliżające się do pogranicza pornografii, z tym, że granicy nie przekraczały, opisy urywały się w kulminacyjnym momencie i były tak ujęte, że Angus nie mógł się właściwie domyślić, o co dokładnie chodzi. W gruncie rzeczy, wiele miejsc wydawało mu się wprost paradoksalnych lub absurdalnych. Dla czego niby jakaś dama przyjęła księcia Buckingham'a siedząc na nocniku i to jeszcze złotym i z lusterkiem, a on, zamiast surowo zareagować, obsypał ją za to bogactwami i klejnotami, które wymieniano dalej na prawie całej stronie? Albo w jakim celu caryca kazała ustawiać przed sobą żołnierzy i wybierała jednego lub kilku najprzystojniejszych na noc, skoro nocą i tak niewiele widać? To było równie niedorzeczne, jak wzmianka o pieszczeniu wnętrza kwiatu ustami, bez sensu.
O tym, że poziom uświadomienia seksualnego Angusa był zerowy, wspomniano już poprzednio. Tymczasem akurat wówczas odkrywał on i obserwował na sobie nowe wrażenia i zjawiska, których absolutnie nie umiał sobie wytłumaczyć. Bierne oczekiwanie, wiele czasu, którego nie był w stanie wypełnić, to wszystko powodowało, że kontynuował na sobie doświadczenia, zapoczątkowane w podobnych okolicznościach w szpitalu. Zostały one przerwane gdy miał książki i dużo zajęcia, wprost nie starczało mu czasu. Teraz to znów się zmieniło. Będąc jeszcze nie dojrzały fizycznie, dochodził tylko do erekcji, nie do ejakulacji, jednak i tak wrażenia były silne i niezwykłe. Odczuwał to tak, jakby te ciekawe reakcje prowadziły go do skraju jakiejś przepaści, której na szczęście nie był w stanie przekroczyć.
Biorąc pod uwagę zarówno zmuszającą do pozostawania w domu przez znaczną większość czasu pogodę, jak i wyjazd matki, spędzał zbyt dużo czasu w łóżku, więcej, niż był w stanie przespać. Z drugiej strony, rozmyślania i niepokój były często tak ciężkie i deprymujące, że aby od nich uciec i przerwać daremne natręctwa myślowe, wolał zająć się czymś innym - i wracał do przerwanych doświadczeń na sobie.
Właściwie miał pewne niejasne obawy, czy to co robi nie jest czasem czymś niewłaściwym, ale nie miał kogo zapytać. Czasem wydawało mu się, że przekracza możliwości swojego organizmu i coś może się źle skończyć. Jednak tego wszystkiego, co było wstępem do tzw. w tamtych czasach samogwałtu, całkowicie powszechnego u chłopców zjawiska, które wówczas otoczone było niesłychanym pomieszaniem i poplątaniem pojęć i często wręcz demonizowane - Angus nadal nie kojarzył z seksem.. Miarą jego niewiedzy o stosunkach między kobietą i mężczyzną może być przykład, że wyobrażał sobie, iż posiadane przez niego dwie kuleczki stanowią właśnie to, co nazywane było "nasieniem męskim". Przypuszczał, że akt poczęcia polega na urwaniu tego, jak przypuszczał, nasiona i zasadzeniu go w kobietę, gdzie dalej rośnie i się rozwija. Ten drugi fragment płciowy, zapewne służy do umieszczenia i przystemplowania tegoż. Ponieważ zaś stwierdził, że już samo ciągnięcie się za domniemane nasionka jest bardzo bolesne, wyprowadził wniosek, że zapewne poczęcie dziecka musi być czynem bardzo dzielnym, aktem wielkiego poświęcenia. Chociaż i tak, zapewne mniej bohaterskim, niż następnie sam poród, którego dokonuje sama kobieta i o którym już coś nie coś wiedział.
Przy takim modelu, Angus nie bardzo rozumiał, na czym polega atrakcja dziewczyn lub kobiet. Tłumaczył to sobie w ten sposób, że chodzi o utworzenie rodziny, posiadanie dzieci, więzy rodzinne. To uważał za coś bardzo naturalnego i doskonale rozumiał. Sam też przekładał ojca lub matkę nad swoją osobę i nie potrafił sobie wyobrazić modelu życia bez rodziny, gdyby ktoś był tego pozbawiony, to zrozumiale, że musiał dążyć do utworzenia własnej rodziny.
Z drugiej strony, on już miał rodzinę i czuł się bardzo mocno związany. O zakładaniu nowej, własnej, w ogóle nie mogło być mowy, przy najmniej teraz. To nie była właściwa chwila, żeby zawracać sobie głowę dziewczynami albo kobietami. Dopóki trwała wojna, dziewczyny mogły tylko przeszkadzać, chyba, że spotkałby jakąś wyjątkowo dzielną, odważną, która sama też chciałaby walczyć. Krótko mówiąc, jeszcze lepszą od niego i z którą można by wspólnie zająć się tym najważniejszym, walką z Niemcami. Angus pragnął całkowicie skoncentrować się na działalności - konspiracyjnej, niepodległościowej, bojowej, wywiadowczej - cokolwiek trafi się najpierw, skorzystać z pierwszej możliwości. Żył tylko w tym celu. Wobec tego powinien zdecydowanie unikać wszystkiego, co mogłoby go odciągać lub rozpraszać. Tymczasem tak się pechowo zdarzyło, że znalazł się w domu, gdzie nie było żadnego chłopca, a tylko same dziewczynki.
Siedmioletnia Anisia była jeszcze dzieckiem, które po prostu snuło się jak cień za siostrą, a później czasem także za Angusem, ale nie było z nią absolutnie żadnego kłopotu, była potulna i grzeczna. Natomiast starsza, Violet, była wprawdzie prawie rok (właściwie osiem miesięcy) młodsza od Angusa, ale znacznie bardziej od niego uświadomiona i doświadczona. Chociaż Angus był jak na swój wiek, wyjątkowo wysoki i duży, ona osiągała prawie równy wzrost. Dziewczyny w wieku dziesięciu, jedenastu lat rozwijają się i rosną szybciej od chłopców. Violet była strzelistą i prostą blondynką o ładnych rysach i niebieskich oczach, miała długie włosy koloru dojrzałej pszenicy, które zwykle splatała w warkocz i owijała wokół głowy, albo układała na pól kręgu, tzw. diadem nad czołem. Była sprawna fizycznie i zdecydowanie ładna, a znacznie ponad swój wiek doświadczona. Można powiedzieć, że Angus jak ślepy głupiec przeszedł koło wielkiej okazji, dowiedzenia się czegoś w dziedzinie, gdzie był wyjątkowym ignorantem. Miał pod ręką wybitną nauczycielkę.
Violet również nie osiągnęła jeszcze - i przez dalszych parę lat nie miała osiągnąć dojrzałości płciowej. Mieszkając i żyjąc tak blisko w jednym domu, Angus kilkakrotnie, mimo woli, wszedł w nieodpowiednich chwilach, gdy dziewczyna myła się w kuchni, podobnie i jej zdarzało się zaskoczyć Angusa przy toalecie. W każdym razie nie było to krępujące, tors Violet był na razie identyczny z torsem Angusa, chłopięcy, nie było jeszcze nawet zadatku na kobiece piersi.
Chociaż współżycie płciowe nie wchodziło w rachubę, to jednak dobrze wyrośnięta i ładna dziewczyna stała się już obiektem zainteresowania ze strony starszych od niej chłopców, uczniów gimnazjum mieszkających na stancji w domu jej rodziców. Nie było to jeszcze nic bardziej konkretnego, niż wstępne ćwiczenia i nabieranie wprawy. Została jakby sparring-partnerem treningowym, przy czym i jej horyzonty w tych sprawach bardzo się poszerzyły. Taka sytuacja rozwijała się przez kilka lat, pierwsze dość niewinne pieszczoty i zabawy w łaskotanie zaczęły się jeszcze z ośmioletnim dzieckiem, ale dopiero w ostatnim roku posunęły się poważniej do przodu, jednak jeszcze ciągle nie przekraczając pewnych granic. Violet bardzo odpowiadała ta zabawa, z pełnym entuzjazmem gotowa była spędzić całe godziny półmroku policzek przy policzku, lubiła się przytulać, siadać na kolanach, zezwalać na bardziej intymne dotknięcia, gładzenie skóry pod sukienką lub pończochą, nawet przy stole w jadalni użyczać sąsiadom swoje stopy, przyciskać łydki lub nogi. W drodze łaski, pozwalała czasem mniej lub bardziej rozebrać się, popatrzeć na siebie, a dopiero w ostatnim roku, zgodziła się nawet odwiedzić łóżka chłopców, szereg razy takie seanse odbyły się na piętrze, kiedy sytuacja w domu na to pozwalała. Całkowicie panowała nad sytuacją, odkryła, że ma niezawodną broń: jeżeli ktoś chciał przekroczyć wyznaczoną przez nią granicę, wystarczyło się obrazić i przez jakiś czas potem unikać go i ignorować.
Rodzice nie pilnowali na razie specjalnie córki, traktując ją jako dziecko, którego nie trzeba jeszcze pilnować. Poza tym, jest faktem, że w tej stronie Polski ludzie jednak byli chyba bardziej pełnokrwiści. W Wielkopolsce, sprawy seksu otoczone były pruderią, a jakakolwiek swoboda surowo potępiana. Natomiast tutaj, traktowane one były jako coś naturalnego i ludzkiego. Może nie mówiono o tym szeroko, ale ceniono dobrych zawodników. Trochę dziwne, jak się to godziło z dużym wpływem kościoła (chociaż nie aż tak silnym, jak w Wielkopolsce), ale i kościół był tu bardziej tolerancyjny, a później Angus miał okazję stwierdzić, że i niektórzy księża nie świecili przykładem.
Violet ta sytuacja coraz bardziej się podobała, czuła się jak królowa, o której względy zabiegano. Uczyła się wszystkiego co mogła się nauczyć z pełnym zaangażowaniem, zaczynając od elementarza techniki, aż do taktyki i strategii postępowania. To była nie tylko wspaniała zabawa i nauka, zdecydowała się wybrać drogę życiową i postanowiła zostać gwiazdą pierwszej wielkości w tej dziedzinie. Stąd też ten dobór literatury, traktowała przyszłą karierę bardzo poważnie i przygotowywała się również i teoretycznie. Czuła że jest coraz lepsza, bez trudu i w sposób naturalny szła od sukcesu do sukcesu, miała nadzieję w przyszłości przewyższyć te wszystkie znakomite poprzedniczki, o których czytała i starała się jak najwięcej dowiedzieć. Trenowała pilnie i przy każdej okazji, jak do mistrzostw sportowych, tak żeby w pełni panować nad swoim ciałem.
Nie miała łatwego zadania, bo w końcu starsi chłopcy mieli jednak przewagę fizyczną. Z początku nie pozwalała się zbyt długo łaskotać lub męczyć, ale starała się przystosować do coraz większych dawek i coraz więcej znieść i wytrzymać. Musiała nauczyć się panować nad własnym ciałem, ukrywać niekontrolowane odruchy i czułe miejsca, bo okazanie słabości stanowiło wprost zachętę dla partnera, lub czasem partnerów. To była twarda walka i z początku to ona musiała prosić o czas. Jednak miała duże fory, i to zarówno ze względu na swoją pozycję - córki gospodarzy, jak i ze względu na prawa popytu i podaży. Żadne dziewczyny oczywiście nie mogły przychodzić na stancję chłopców, była więc jedyna wśród wielu chętnych i miała zapewniony monopol.
Stopniowo zdobywała przewagę, może i dlatego, że nie odczuwała jeszcze prawdziwego pociągu płciowego. Nie pozwalała oczywiście na nic ostatecznego i także nie zgadzała się na to żeby partnerzy zabawy doszli aż do ejakulacji. Kiedy zdarzyło się czasem mimo woli, że nie zdołali nad sobą zapanować, Violet obrażała się na nich i przez pewien czas bojkotowała, ale w końcu pozwalała się przeprosić. W rzeczywistości była nawet zainteresowana, ale nie chciało posuwać się za daleko, a także przekonała się, że określenie z góry granicy i postawienie twardych wymogów, zapewnia jej przewagę i dominująca pozycję. Ponieważ jednak miała naprawdę wrodzone zdolności, szybko nauczyła się podstawowych chwytów i zasad gry i coraz częściej udawało się jej pokonać partnerów, tak, że to oni nie mogli wytrzymać i musieli przerywać zabawę. Oczywiście, chłopcy masturbowali się później sami, co zresztą normalne w ich wieku. I tak, robili to od dawna.
Dopiero w tym roku naprawdę zdecydowała się na wybór drogi życiowej i wiedziała, że robi postępy i rozwija się, że idzie od sukcesu do sukcesu. Miała rzeczywiście naturalny talent i czuła, że jest na najlepszej drodze, w stanie dojść do szczytu kariery, a wybrana pozycja to jest właśnie to, co może zapewnić jej satysfakcję i szczęście. Nic wspanialszego nie mogła sobie wyobrazić, już teraz czuła się wspaniale, otoczona sympatią i względami. Jak dobra królowa, starała się być hojna, chciała, żeby wszyscy dokoła też byli szczęśliwi. Krótko mówiąc, nauczyła się też najważniejszej rzeczy, nie tylko brać, ale i dać ze siebie jak najwięcej. Rozwinęła w sobie autentyczny altruizm, lubiła sprawiać przyjemność. To jest właśnie to, co decyduje o prawdziwej wielkości.
Przy tak dobrze zapowiadającym się początku, wspaniałym samopoczuciu i już poznanym smaku powodzenia, wojna była dla niej klęską osobistą. Coś zupełnie niepojętego przekreśliło jej plany życiowe. Bardzo brakowało jej chłopców i to nie tylko jako partnerów do sekretnych zabaw, ale także z powodu więzów przyjaźni i przywiązania. Na bezrybiu i rak ryba. Skoro mimo wszystko, los zrządził szczęśliwie, że jednak w domu pojawił się jakiś chłopiec, może łatwiej zdoła znieść pechowy okres.
Ale uparty pech trwał nadal i sprawił, że ten chłopiec okazał się nie tylko głupi i ograniczony, nie tylko nie wiedział jak i co, ale w ogóle nie chciał się uczyć.
Angus miał przed sobą dokładnie wytyczony, zupełnie inny program życiowy: chciał walczyć z najeźdźcą i dokonać jeszcze nie określonych bliżej, ale na pewno wielkich czynów. Nie było tu miejsca na niepotrzebną stratę czasu, angażowanie się w jakieś dwuznaczne afery z dziewczynami, które mogłyby stworzyć komplikacje, albo nawet odciągać go od tego, co najważniejsze. Z tego powodu on nie był zainteresowany - i to wcale nie dlatego, żeby Violet mu się nie podobała. Przeciwnie, wprawdzie nie interesował się dotąd dziewczynami, ale jak dotychczas była to najładniejsza dziewczyna, jaką spotkał. Szereg razy sam upominał się surowo, stwierdziwszy, że jednak patrzy na nią z przyjemnością i zainteresowaniem, które powinien zwracać w inną stronę. Ale ostatecznie, nikomu nie szkodziło, ani nie wywoływało żadnych konsekwencji, że czasem spoglądał na linię jej kolana, najchętniej na linię łydki i tylnej części stawu kolanowego, podobała mu się również bosa stopa, względnie pomagał jej szczotkować i zaplatać włosy, przyjemne w dotyku i kolorze. Właściwie było to kilka kolorów, bo poszczególne pasemka trochę się różniły, najciemniejsze były koloru jasnego mosiądzu, a większość jaśniejsza, słomiano-złotawa, wszystkie puszyste i obfite. Ale to, że nawet nauczył się zaplatać warkocze, to już absolutnie koniec. Dalej nie chciał się posunąć.
Zrealizowanie tego postanowienia też nie było łatwe, wymagało taktu i dyplomacji, a tego Angusowi brakowało. Nie chciał przecież urazić dziewczyny, powinien utrzymać dobre koleżeńskie stosunki z dziećmi i konsekwentnie również z ich rodzicami. Na dłuższą metę to się nie mogło udać i ostatecznie skończyło fatalnie. Na razie, jako najprostsze wyjście, postanowił udawać głupka. Nie zdawał sobie sprawy, że tak naprawdę nie wiele musiał w tym wypadku udawać.
Mnóstwo czasu spędzali razem, ale raczej starał się przenieść kontakty na pole rozmowy. Ponieważ on już skończył piątą klasę, a ona dopiero czwartą, zaproponował ewentualną pomoc w przerabianiu programu piątej klasy. Dziewczyna zgodziła się, ale nie była naprawdę zainteresowana, nawet gdy zaczęli od tak opisowego materiału, jak geografia i historia Polski, co wydawało mu się na początek najbardziej interesujące i ciekawe. Co do opowiadań o własnych przygodach w czasie wojny. to Angus był wprost zaskoczony, bo odczuł to tak, jakby wiele z tego co opowiadał, począwszy od samego opisu życia w wielkim mieście, a już szczególnie wysiedlenie, późniejszy pobyt w obozie koncentracyjnym itd. traktowane są z pewnym niedowierzaniem. Zupełnie, jakby opowiadał bajki. Zresztą, podobne wrażenie odnosił często również, jeżeli chodziło o dorosłych. Być może, sama myśl, że ktoś może tak zwyczajnie przyjść do naszego domu i po prostu, bez żadnego dania racji, zabrać wszystko i wyrzucić właściciela, wydawała się normalnym ludziom niemożliwa. Zaczynali domniemywać, że za tym wszystkim kryje się jeszcze coś niedopowiedzianego i że może ofiary, same dały jakiś powód do takiego postępowania.
Ale podobną rezerwę odczuł Angus także, gdy mówiąc o historii Polski, wspomniał o roli Poznania i Wielkopolski, nawet gdy wspomniał, że Poznań i Gniezno były pierwszymi stolicami Polski. Także i wtedy, gdy opisywał geografię i gospodarkę rejonu, najwyższy stopień rozwoju - a przecież trzymał się tylko faktów, ściśle według podręcznika.
Próba przeniesienia kontaktu na strefę intelektualną raczej nie okazała się więc zbyt owocna. Natomiast ze swojej strony, Violet w tym czasie przeszła do zdecydowanej ofensywy. Ponieważ Angus nie wykazywał inicjatywy, to ona starała się wypełnić dłużyzny dygresjami bardziej namacalnymi, od gładzenia, pocałunków, przylgnięcia a czasami wprost przyssania się do interlokutora, aż do zdecydowanego sięgania do jego ciała. I to nie tylko do ręki, nogi, karku czy ewentualnie torsu, ale stopniowo także w rejony trudniej dostępne i zakryte. Angus znalazł się w defensywie, a ponieważ z oślim uporem trzymał się raz powziętego postanowienia, musiał zdecydowanie się bronić, aż sam poczuł się głupio i śmiesznie w tej roli. Krytyczny moment nastąpił, gdy w parę dni po wyjeździe jego matki i kiedy rodziców Violet również nie było w domu, złożyła mu ona wizytę rano, kiedy jeszcze leżał w łóżku w swoim pokoiku. Wysławszy młodszą siostrę do kuchni z poleceniem uważania, kiedy mama będzie wracać od udoju, wpakowała się prosto do łóżka Angusa. Angus zachował się jak prostak, wyskoczył z łóżka i przemówił, jak Józef kuszony przez Putyfarę, w najbardziej napuszony i oficjalny sposób:
- Panno Violet, nie zachowuje się Panna jak dama, takich rzeczy nie wypada robić...- itd., aż do - Jeżeli to nie ustanie, to nasza znajomość jest skończona.-
Może i Angus nie miał takich intencji, jak wiadomo dobrymi chęciami piekło brukowane, a jemu chodziło tylko o to, żeby się nie rozpraszać, pragnął poświęcić się wielkim sprawom. Tak czy owak, jego zachowanie było nie tylko głupie, ale i niedelikatne, wprost chamskie i obraźliwe, niedopuszczalne dla mężczyzny. Tylko, że on nie był mężczyzną, a jedynie ograniczonym chłopakiem, który sztywno trzymał się wymyślonych przez siebie, idiotycznych teorii i tzw. zasad z kretyńskim uporem. Zresztą nie tylko w tym wypadku, później w życiu popełniał podobne błędy, w imię swoich idiotycznych pomysłów często, ranił innych ludzi i trudno było z nim wytrzymać.
Tym bardziej dziwne jest, że w tym wypadku Violet przyjęła ten wybryk i reprymendę w pokorze. Trudno powiedzieć, czy też i w zawstydzeniu, chociaż faktem jest, że Angus nigdy w życiu nie widział jeszcze takiego rumieńca, przynajmniej w tym zakresie opisy książkowe nie przesadzały. Dosłownie ze łzami. Zawarli jednak pokój i ustalili warunki: dopuszczalne są tylko niewinne pieszczoty, jak przytulanie się, pogłaskanie i niewinne pieszczoty, pocałunki, ale nie usta-usta. Angus całkiem szczerze zapewnił Violet, że podoba mu się i jest wybitnie ładna, właśnie w jego typie, a także że ją lubi i chciałby, żeby koleżeństwo i sympatia pozostały. To rzeczywiście była prawda, choć nie cała. O swoich zamiarach przyszły konspirator nie mógł przecież nikomu opowiadać, a zresztą uważał, że dziewczyna i tak nie byłaby w stanie tego zrozumieć.
Od tej pory sytuacja pozostała dokładnie na wynegocjowanym poziomie. Angus traktował obie dziewczyny po koleżeńsku, bawił się z nimi zarówno w domu jak i w obrębie gospodarstwa. Jedynie dalej wychodził, przynajmniej podczas wielkich mrozów, przeważnie sam. Violet zaprzestała zdecydowanych akcji, ale lubiła słuchać opowiadań, albo prowadzić rozmowy siedząc przytulona całym ciałem i policzkiem do policzka. Szczerze mówiąc, to było trudno wytrzymać, siedział sztywno, jak kawałek drzewa i po pewnym czasie robiło mu się niewygodnie i gorąco. Ale trudno, takie były uzgodnienia, więc musiał, może nie tyle cierpieć, raczej cierpnąć w milczeniu. Zresztą to, że od napięcia zaczynały go boleć i cierpnąć mięśnie, szczęśliwie się składało, bo dzięki temu łatwiej było znosić drobne pocałunki i lekkie gładzenie. Mimo całego wysiłku, kilka razy nie potrafił opanować dreszczy, a pocałunki za uszami i zawiasem szczęki, wywoływały czasem gęsią skórkę, nie dającą się ukryć. Dlatego niewygodną pozycję, zesztywnienie mięśni i nawet ból, spowodowany gorszym obiegiem krwi, traktował jako ukryte błogosławieństwo, bo pozwalały skoncentrować się na czymś innym, zapomnieć o pieszczotach.
Wybiegając w tym miejscu do przodu, można odrazy wyjaśnić, że Angus wytrwał do końca w swym uporze. Zachował się dokładnie, jak najgłupszy z osłów, który im bardziej zachęcany jest do ruszenia z miejsca, tym bardziej zapiera się kopytami w ziemię. O wiele za późno poznał bezmiar swojej głupoty, która w rezultacie ściągnęła właśnie te komplikacje, których chciał unikać i trwale poróżniła całe obie rodziny. Ponadto zaś także spaczyła, na szczęście nie na trwale, psychikę samego Angusa. To typowe dla niego zachowanie, nie tylko w tej, ale także w wielu innych sytuacjach życiowych: dorobienie sobie jakiejś bzdurnej teorii, nie zgadzającej się z prawdziwym życiem i następnie trzymanie się jej za wszelką cenę, zamiast naturalnego, prostego zachowania. Książkowy Don Kichot, sam sprowadzał na siebie cięgi i na tym się kończyło. Natomiast Angus, zatruwał życie innym i ściągał kłopoty na otoczenie, a przez cały czas był przekonany, że tak właśnie powinien się zachowywać.
Jedenastego dnia pod wieczór, gdy Angus jak zwykle, wciąż jeszcze zafascynowany, patrzył przez okno na wirujące niebo pełne ptaków, przed domem zatrzymały się sanki, z których wysiadła matka. Bóg go wysłuchał, wróciła szczęśliwie.
Najpierw opowiadała wszystkim co widziała w drodze, ale krótko, zmęczona wycofała się do pokoiku. Tam jednak, jeszcze przed zaśnięciem, powiedziała dopiero teraz Angusowi, co stanowiło właściwy cel i sens wyprawy. Dwa razy przejechała granicę Rzeszy Niemieckiej, posługując się tylko swoją doskonałą znajomością języka i niepowtarzalnym berlińskim akcentem - oraz instynktowną szybką reakcją i bezczelnością. To, że pociągi chodziły zupełnie nieregularnie, a podróż (i zwłaszcza przerwy w niej) była szczególnie utrudniona i odbywała się w niezwykłych warunkach, wszędzie panowało zamieszanie i bałagan, jej właśnie ułatwiło zadanie.
- W Polsce - komentowała, - według pociągów można było nastawiać zegarek. Nigdy, ale to nigdy nie mogło się zdarzyć, żeby pociąg spóźnił się ponad pół godziny. No, może godzinę w razie katastrofy albo klęsk naturalnych. Wprawdzie nie bywało u nas trzęsień ziemi ani wybuchów wulkanów. Ale nie tylko w czasie srogich zim, nawet i podczas powodzi, mimo zerwanych mostów i podmytych torów, Polski Koleje Państwowe sprężyły się, omal nie stanęły na głowie, a pociągi kursowały prawie regularnie. A teraz co? Zupełny bałagan i dezorganizacja z powodu zwykłego śniegu i mrozu. Jechałam pociągiem, nie spóźnionym o kilka czy nawet kilkanaście godzin, ale wczorajszym i raz nawet przedwczorajszym. To ma być niemiecka organizacja? Oni sobie nie radzą, nie potrafią zachować cywilizacji, po prostu jak zwykłe dzikusy. Wszystko im się rozsypuje, są bezradni.-
Bardzo interesujące uwagi, ale Angus już to sam zauważył. Całe życie był przekonany, że gdyby choć jedna dywizja polska ocalała, w czasie tej zimy bez trudu mogłaby zająć Berlin.
W Poznaniu matka wolała się w ogóle nie pokazywać, lecz bardzo rozsądnie pojechała dalej do Podłazin. Jej siostra wraz z rodziną jeszcze gospodarzyli na majątku, ale dostali już niemieckiego Traeuhaendera. Nie orientował się on jeszcze w całości i nie wiele się wtrącał, ale zdawali sobie sprawę, że ich dni są już policzone. W każdym razie, po raz drugi rodzina wsparła ją według swoich możliwości.
Ale nawet potem, matka nie wróciła zaraz do Ostrowca, ale pojechała jeszcze do Warszawy i tam otrzymała jeszcze pewną pomoc od brata, który ułatwił jej korzystną sprzedaż wzmiankowanego uprzednio, złotego medalionu. W rezultacie wracała z poważną sumą pieniędzy, która w obecnych warunkach z łatwością wystarczałaby na przeżycie do samego końca wojny. Jednak doświadczenie z poprzedniej wojny i lat potem podpowiadało jej, że pieniądze będą wkrótce miały tylko wartość papieru. Faktycznie, ruch cen już się zaczął.
Jak zwykle, Angus niezwłocznie wystąpił z dobrą radą. Jednak tym razem, jedynym w życiu, matka nie tylko wysłuchała go do końca, ale nawet zapytała o wiele dalszych szczegółów, tak, że stopniowo pomysł rozwinął się w prawdziwą business-plan, nad którą matka zgodziła się zastanowić. Pomysł nie był zbyt oryginalny, wynikał ze skojarzenia poczynionych w międzyczasie obserwacji.
Otóż powód, dla którego rodzina Misiorów potrzebowała gotówki od razu i z góry i tak chętnie przyjęła płacących gości, zwłaszcza, że ci jeszcze byli w stanie dodatkowo pożyczyć dodatkową sumę, był prosty: koncesja inwalidzka, upoważniająca do dokonywania zakupów alkoholu.
Niestety, w spożyciu i zapotrzebowaniu na alkohol, Polska lokowała się na wysokiej pozycji. W kraju rolniczym, produkcja z natury była łatwa. Wprawdzie alkohol nie był narodowym wynalazkiem, ani jego produkcja przemysłem narodowym, jest jednak faktem, że to Polacy jako pierwsi, jeszcze w średniowieczu, rozpoczęli rynkową produkcja czystego alkoholu. Polska nazwa jego roztworów wodnych, "wódka", przyjęła się na całym świecie, a sam produkt coraz bardziej stawał się polską specjalnością. To oczywiście nie jest żadnym powodem do dumy. Ale z drugiej strony nie jest niczym nagannym osiągnięcie postępu technicznego w metodach wytwarzania i oczyszczania alkoholu etylowego jako substancji. Angus wiedział to wszystko od jednego z wujków, który był inżynierem gorzelanym, a w wolnych chwilach oprowadził go po galerii malarstwa i zbiorach w Pałacu Rogalińskim i właściwie nauczył patrzeć na obrazy.
Otóż gdy obecnie zaczął się ruch cen, w pierwszym rzędzie zaczęły rosnąć ceny wyrobów alkoholowych, wyprzedzając znacznie żywność i inne towary. To osobliwe zjawisko polegało na tym, że przetwory alkoholowe są w zasadzie trwałe i mogą być długo przechowywane, ba, niektóre nawet stają się lepsze przy przechowywaniu. Wprawdzie jeszcze zaufanie do wyjątkowo stabilnej waluty, polskiego złotego, nie zostało poważnie podważone, ale już bardziej przewidujący ludzie zaczęli rozglądać się za ewentualną rezerwą. Otóż alkohol i jego wyroby, nadawały się dobrze do tezauryzacji.
To znowu specyficzne polskie zjawisko. Od setek lat, beczułka starki zakopana pod klepiskiem stodoły, pozwalała na odbudowanie tej stodoły, gdy została ona spalona - czy to podczas wojen napoleońskich, czy walk powstańczych, Czy setki lat temu przez najazd tatarski, czy setki później przez ekspedycję karną jeszcze dzikszych kozaków.
To specyficzne polskie zjawisko. Od setek lat, beczułka starki zakopana pod klepiskiem stodoły, pozwalała na odbudowanie tej stodoły, gdy została ona spalona - podczas wojen napoleońskich, czy walk powstańczych. Czy setki lat temu przez najazd tatarski, czy setki później przez ekspedycję karną jeszcze dzikszych kozaków.
Wprawdzie od początku wieku, dokładniej od zmian regulacji prawnych i ustanowienia monopolu spirytusowego zniknął i zwyczaj i sam "polski koniak", jak nazywano żartem starkę (bo czas dojrzewania to najmarniej dwadzieścia lat, a dobre powinny być znacznie starsze, co najmniej stuletnie). Obecnie pod nazwą starki wytwórnie produkują przemysłowo kiepską imitację, na którą znawcy tylko machają ręką i nie chcą jej nawet próbować. Podobno nie można jej w ogóle porównać z dawnymi "wykopaliskami". Inna sprawa, że nie tylko po, podobno najcenniejszym a najrzadszym obecnie alkoholu pozostało tylko wspomnienie, znawcy też powymierali. Kiedyś mówiono, że każda starka ma swoją własną indywidualność i różnią się one bardzo między sobą, a w wypadku tych najbardziej udanych, puste beczki mogły czasem uzyskać taką cenę jak zawartość, taka stara beczka gwarantowała, że następne starki też będą udane. Po wiekach doświadczeń, wprowadzono taki system, że beczki odkopywano co dwadzieścia lat, odlewano połowę najstarszej i uzupełniano z młodszej, tą z kolei uzupełniano z jeszcze młodszej itd., aż na końcu zakopywano jeszcze jedną, surową. Teraz wytwórnie przemysłowe posługują się podobną metodą, tzw. „kaskady”, ale oczywiście czasy leżakowania zostały wielokrotnie skrócone, a dla przyśpieszenia procesu dobiera się sztucznie warunki. Wytworzony w ten sposób produkt tak się ma do prawdziwej starki, jak imitacja do prawdziwego dzieła sztuki. Ta dygresja, dotyczy zapewne jednej z największych osobliwości świata. (Wątpię, czy w Polsce, albo gdziekolwiek indziej, można znaleźć obecnie choćby kilka butelek prawdziwej starki, zapewne łatwiej byłoby np. o szkielet dodo.]
Oczywiście wtedy, na początku 1940 r., nie chodziło właśnie o starkę. Istniało zapotrzebowanie na jakiekolwiek wódki w butelkach. Wprawdzie hurtownia w Ostrowcu od początku wojny była pusta, ale w pobliżu znajdowała się jedna z najbardziej znanych i największa wytwórnia wysokogatunkowych alkoholi nie tylko w Polsce, ale i w Europie.
Kapsuła: Złote jabłko Łańcut i skarb w zastępczym pieniądzu.
Wytwórnia i rozlewnia wódek, rosolisów (ros Solis, łzy rosy słonecznej) i likierów w Łańcucie, sama w sobie mogłaby stanowić tło powieści sensacyjnej. Angus nasłuchał się wiele takich opowiadań. od pani Marii Misiorowej. Łańcut to w ogóle najlepiej zachowana rezydencja magnacka w Polsce. Nie zawsze tak bywało, ale te większe i wspanialsze, zostały zniszczone, a Łańcut miał dużo szczęścia i zachował się. Do tego, w drugiej połowie ubiegłego wieku jeden z Potockich, miast stracić majątek za granicą, co zwykle zdarzało się polskiej arystokracji, niespodziewanie miał dużo szczęścia i wygrał wielki kapitał. W większej części został on użyty na odnowienie i uświetnienie rezydencji rodowej, ale część na cele inwestycyjne. Między innymi, powstała wtedy wymieniona wyżej wytwórnia i to bez uwzględniania polskich tradycji. Wykorzystano najnowsze i najlepsze doświadczenia francuskie, zakupując zarówno całe technologie i know-how, z wielkim rozmachem sprowadzając najwybitniejszych fachowców. Zakupiono też prawo używania oryginalnej nazwy wielu napojów i szlachetnych trunków, jak na przykład autentycznej benedyktynki, jedyne w Europie miejsce na wschód od Renu i poza zakonem. Także, znanego likieru Charteuse i wielu innych. Wydawało się z początku, że rozmach i nakład finansowy jest nadmierny, jednak te wyroby weszły na rynek krajów, należących do Monarchii Habsburskiej i następnie, ościennych. Przedsiębiorstwo stopniowo wyrobiło sobie dobrą pozycję i stało się opłacalne.
W wolnej Polsce przedsiębiorstwo przeżywało poważne trudności, polski rynek okazał się za mały, a eksport niestety utrudniony. Zachował się tylko ograniczony rynek węgierski. Wytwórnia miała kłopoty, z powodu zamrożenia kapitału w zapasach drogich, wysokogatunkowych trunków. Wreszcie, konkurencję, wygrywały w samej Polsce trunki Baczewskiego – zaczęło się od Wielkiej Wystawy w Poznaniu w 1929 r., kiedy dwie firmy dążyły do zajęcia najbardziej eksponowanego miejsca na reklamę, a mianowicie niemiecka, produkująca żarówki i wymieniona rozlewnia wódek. W rezultacie, powstał podwójny napis, wielkie, z dala widoczne litery: u góry OSRAM LAMPE, i niżej, jak podpis J. A. BACZEWSKI. Obejrzało go, lekko licząc, 4,5 mil. ludzi, wszyscy zwiedzający biegli na Plac Wolności, podobno przyjechał specjalnie sam Baczewski, ale nie miał zastrzeżeń. Ubawiona większość zapamiętała, że chyba wytwórnia robi mocne trunki, trzeba zachować ostrożność, widocznie szybko uderzają do głowy.
Na początku okupacji, zarówno majątki Potockich jak i zakłady przemysłowe, zagrożone były przejęciem przez Niemców, ustanowieniem niemieckiego zarządu. Ale na razie, właściwie do końca wojny, Potoccy radzili sobie z tym zagrożeniem zadziwiająco dobrze, wykorzystując zarówno swoje zagraniczne koneksje i pokrewieństwo z arystokracja niemiecką, jak i łapówki, duże operacje finansowe i często snobizm wysokich oficerów i urzędników. Trzeba poświęcić część stanu posiadania, żeby na pewien czas zachować resztę.
Wielki remanent szlachetnych trunków, przez długi czas martwy ciężar, teraz zamienił się w prawdziwy skarb. Ale skarb ten leżał na widoku i w każdej chwili można go było utracić, a przecież miał posłużyć do ratowania innych, ważniejszych wartości. Krótko mówiąc, choć w większej skali, podobna sytuacja jaką widział Angus w Poznaniu, u tamtejszych kupców. Lepiej szybko zmienić majątek na bezimienną gotówkę, zwłaszcza gdy trzeba zaraz i później użyć rozsądnie tej gotówki. Wytwórnia i rozlewnia rozpoczęły więc natychmiast wyprzedaż zapasów, właściwie kontynuowały ją. Tylko, przedtem rynek ich nie mieścił, a teraz zapotrzebowanie wzrosło i na rynek trafiały remanenty najdroższych wyrobów, gromadzone od lat. Sprzedaż odbywała się oczywiście ściśle legalnie, według obowiązujących dotąd przepisów polskiego prawa, wyłącznie uprawnionym właścicielom koncesji i po niezmienionych jeszcze cenach z przed wojny. Nie trzeba było szukać klientów, ani organizować transportu. Bez grymaszenia, brali oni wszystko, nawet najdroższe i najbardziej wyszukane trunki.
W parę dni po otrzymaniu wpłaty od matki Angusa, Jan Misior odwiózł ja na dworzec, a następnie on i teść, nie zważając na czterdziestostopniowe mrozy, wsiedli do pociągu w odwrotną stronę. To była bez porównania krótsza podróż, nawet nie sto km, ale jednak dwie przesiadki, nigdy nie można było przewidzieć, czy i kiedy pojedzie pociąg, Dlatego obecność byłego maszynisty kolejowego, który znał i był za pan brat z większością kolejarzy, a przy tym mimo wieku jeszcze krzepkiego, była bardzo cenna. A co do sił, to znowu Misior, mimo że bez nogi, potrafił jak nic unieść dwa worki zboża, sto kg.
Wrócili po dwóch dniach, przez ten czas koń i sanki czekały w znajomej stajni koło dworca. Przywieźli ze sobą i wnieśli do domu dwa mocno obwiązane sznurem, wiklinowe kosze i jedną walizę, wypchane sianem i nie tylko. Jan Misior najpierw wyprzągł i zaprowadził do stajni konia i nasypał mu obroku (choć koń miał ze sobą zapasy - ale nie wypowiadał się, czy i ile dostał). Dopiero potem wrócił do domu, gdzie stopniowo zdejmował czapkę i kożuch, ściągnął rękawice i grubą, wełnianą kominiarkę, zakładaną na głowę, która pozostawiała tylko widoczny okrągły otwór na oczy i część twarzy. Potem pozbywał się kolejnych, dalszych warstwy odzieży, aż do spodni i w końcu odpiął nogę. W tym czasie, na piecu płonął już wielki ogień, a na stołku przy nim stała ogromna, parująca miednica po czym osoby postronne opuściły kuchnię.
Angus słyszał tylko przez uchylone drzwi odgłosy wielkiego chlupotania i parskania, przeplatane chrząkaniem, odkaszliwaniem i przedmuchiwaniem nosa, a do kuchni wrócił dopiero, kiedy gospodarz, już przebrany i z przypiętą, inną nogą, zakończoną kopytkiem, siedząc przy kuchennym stole, przyczesywał przed małym stojącym lusterkiem rzadkie i wciąż mokre włosy, podczas gdy jego żona czekała już z wazą gorącej zupy i z talerzem. To był jednak człowiek o żelaznym zdrowiu i siłach, po takiej wyprawie nie tylko się nie przeziębił ani nie wyczerpał, ale położył się tylko na godzinkę lub dwie w sypialni, gdzie obiegała go żona, po czym wstał i obszedł gospodarstwo, żeby jeszcze przed zapadnięciem wczesnego zmroku sam wszystkiego dojrzeć i obrządzić.
Jego teść również nie poniósł żadnej szkody, za wyjątkiem tego, że omal nie utracił wąsów. Trzeba je było powoli i cierpliwie odmrażać, na szczęście innych odmrożeń nie było. Dopiero potem pani Misiorowa podała późny obiad. Gdy go zjedli, Angus z niecierpliwością oczekiwał opowiadań z podróży i jak wygląda teraz kolej dworce i w ogóle co widzieli po drodze, ale nie doczekał się tego, gdyż akurat rozległo się pukanie.
Pani Misiorowa poszła otworzyć i wróciła powiedzieć że właśnie przyszedł Moszek, potencjalny odbiorca towaru. Był to mężczyzna nie całkiem jeszcze w średnim wieku, ubrany z miejska, w płaszczu i kapeluszu mimo takich mrozów. Zaproszony do stołu, zdjął płaszcz i kapelusz i usiadł, ale poprosił tylko o herbatę.
- Ale skąd pan wiedział, że towar już jest. Przecież niedawno przyjechaliśmy i dopiero chcieliśmy zawiadomić. I jak pan się tu dostał, wszystko jest pozamykane i nawet pies spuszczony. Wszyscy boją się Beka.-
- Proszę mnie nie zawstydzać, - odpowiedział Moszek. - A pies jest groźny i wielki, ale i mądry, umie poznać porządnego człowieka. -
Angus przyglądał się z ciekawością. Właściwie nigdy nie poznał nazwiska przybyłego człowieka, wszyscy mówili wyłącznie, pan Moszek albo Mosiek. Wyrażał się on całkowicie czystą polszczyzną, nawet bez takich małych potknięć gramatycznych, jakie trafiały się niektórym stałym pacjentom szpitala. Chyba raczej zupełnie świadomie i celowo, stylizując się, wtrącił raz "uś' i raz "aj waj", a to przy pytaniu, co myśli o ogólnej sytuacji i czy będzie musiał przenieść się do getta, oraz co może być dalej. Odpowiedział na to tylko: - Lepiej o tym nie mówić i nawet nie myśleć, póki ten czas nie przyjdzie. -
Moszek mieszkał o kilka domów dalej, też przy ulicy Piaski, gdzie wynajmował pół domu od jednego z gospodarzy. Miał rodzinę i kilkoro dzieci. Ponadto mieszkały tam jeszcze trzy starsze osoby, albo jego rodzice i matka żony, albo odwrotnie. Tylko te starsze osoby częściowo i czasem, wkładały tradycyjne żydowskie stroje, Moszek zawsze ubrany bywał w miejski garnitur marynarkowy i przy krawacie.
Od kilku pokoleń, jeszcze dziadkowie i pradziadkowie Moszka byli zaufanymi pośrednikami, wtedy mówiło się "faktorami" rodziny Kawiarskich. To jeszcze w czasach, kiedy Piaski były małą wioską koło Ostrowca, należącą do majątku Kawiarskich. Od tej pory wiele się zmieniło, Kawiarscy zachowali tylko swój dawny dworek z wielkim ogrodem i kawał lasu obok, część z tego lasu, przy zbiegu ulicy z szosą właśnie przed samą wojną ofiarowali na budowę kościoła, natomiast sąsiednią na przyszłe probostwo sprzedali, z tym, że do wojny otrzymali tylko zadatek.
Rodzina Moszka, prowadziła mały sklep, ale to nie był główny środek utrzymania, ponieważ nie zamieszkiwało tu zbyt wielu ludzi, więc i sklep miał mały obrót. Sam Moszek był nadal pośrednikiem, zajmował się wszystkim co się trafiło i załatwiał nie tylko sprawy Kawiarskich, tradycyjnie, lecz obecnie raczej rzadko, ale praktycznie także wszystkich mieszkańców okolicy. Miał bardzo dobrą opinię i dbał o nią, bo zresztą taki image konieczny był z powodów profesjonalnych. Pani Misiorowa, która była głównym źródłem informacji w tej i wielu innych sprawach, parokrotnie wspominała Angusowi, że Moszek to wyjątkowy Żyd i człowiek. Na jego słowie można zawsze polegać, bez względu na to, czy miałby zyskać, czy nawet stracić na interesie. To główny powód, dla którego warto korzystać z jego pośrednictwa. Oczywiście, taka opinia - bezwzględnej uczciwości - była mu potrzebna ze względów zawodowych, ale też, wyrobiwszy ją sobie, bardzo o nią dbał. W rezultacie, radził sobie doskonale i to on właściwie utrzymywał całą, ośmioosobową rodzinę. Musiał też być bardzo sprawny fizycznie, choć na to nie wyglądał. Angus nie był pewien, czy on sam, a i wielu innych ludzi, potrafiliby sobie tak łatwo poradzić z trzymetrowym parkanem, nowo ustawionym z mocnych, ostro ściętych u góry desek i w dodatku uwieńczonym drutem kolczastym. Bo co do psa, to może też potrafiłby się szybko porozumieć, psy rozumiał i łatwo się z nimi zaprzyjaźniał.
W tydzień później, Misior wyjechał po raz drugi, tym razem wraz z teściem i szwagrem. Najmłodsza siostra Marii, Nina wraz ze swoim bezbarwnym mężem wprowadzili się już i zamieszkali na górze i nazywało się, że na razie, z braku lepszego zajęcia, będzie on pomagał w tych wyprawach. Szczerze mówiąc, trudno byłoby sobie wyobrazić równie dochodowe zajęcie. Tym razem przywieźli prawie podwójny ładunek, rozlewnia sprzedawała maksymalnie do stu litrów gatunkowych wódek jednorazowo, a zresztą i tak nie mieli więcej pieniędzy, to nie zwykła "czysta", przeważnie wysokogatunkowy towar. W sumie zapłacili ponad 1400 zł, całość znowu odebrał Moszek i zapłacił podwójną cenę. Na wszelki wypadek Misior sprawdzał w mieście ceny i możliwości, to była jednak najlepsza oferta i do tego co za wygoda. Blisko, dogodne położenie i natychmiastowy odbiór i płatność. Perspektywy układały się na pozór korzystnie.
Tak więc obecnie, gdy matka opowiedziała Angusowi o swoich przeżyciach i przygodach, a także ocenie możliwości przetrwania do końca wojny i może jeszcze pierwszych trudnych miesięcy po wojnie, Angus miał już gotową propozycję: - Mamo, postaraj się też o koncesję, jak pan Misior. -
Matka, w pierwszej chwili żachnęła się: - Nonsens, przecież ja nie mam żadnych podstaw. Nie jestem nawet inwalidką...-
- To nie ma żadnego znaczenia, na pewno da się załatwić. Przecież widziałaś, jacy są Niemcy, tylko czekają na to, żeby ich przekupić, za pieniądze gotowi są zrobić wszystko. To jeszcze i tak dobrze, kiedy czekają, bo jak nie złodzieje i oszuści, to zwykle bandyci. Przecież tu, do zdobytego kraju, starali się przyjechać przede wszystkim ci, którzy mają nadzieję się obłowić. Sam najgorszy element. Jestem pewien, że wielu z urzędników nie miało jeszcze okazji, bo tutaj na razie nie ma prawie nikogo, kto ich rozumie, no, może z trudem. I oni też nikogo nie rozumieją. Więc dotąd mają mało propozycji łapówek, a nie każdy urzędnik jest w takiej sytuacji, żeby sobie sam mógł brać, rabować albo ukraść. Najłatwiejszy byłby szantaż, ale na razie pewnie mają za mało rozeznania, do tego trzeba najpierw zebrać informacje. Zresztą co cię będę uczył, orientujesz się na pewno lepiej ode mnie i potrafisz to załatwić. W każdym razie można spróbować, tylko postaraj się rozmawiać w cztery oczy, jakby się nie udało, to zawsze możesz wykręcić kota ogonem i wycofać się. -
Angus normalnie uważałby podobne postępowanie za samo zło, propozycję niegodną i niehonorową. Ba, gdyby to chodziło o polskiego urzędnika w wolnej Polsce, to nie tylko sam by nigdy o tym nie pomyślał, ale uważałby za moralny obowiązek przeszkodzić, gdyby przypadkiem dowiedział się o podobnym czynie. Ale w przypadku Niemców, nie miał takich skrupułów. Przeciwnie, skorumpowanie Niemca, spowodowanie, żeby zrobił on coś sprzecznego z interesem swej zwierzchności i przełożył ponad to swój osobisty interes, uważał za moralnie usprawiedliwione. Gdyby mógł, szerzyłby wśród nich nie tylko zarazę moralną, ale i fizyczną, na przykład trąd.
W końcu, matka potraktowała sugestie Angusa na tyle poważnie, że zgodziła się wypytać gospodarzy o wszystkie szczegóły. A gdy się potwierdziły, wybrała się do miasta po informacje urzędowe. Oczywiście, to nie leżało w kompetencjach lokalnych, ale tym bardziej trzeba było dowiedzieć się, gdzie i jak takie sprawy są obecnie załatwiane. Dotychczasowe województwo polskie, z siedzibą w Kielcach, nie istniało. Obecnie Ostrowiec należał do District'u Radom i tam pojechała zorientować się w możliwościach, ale dopiero w końcu stycznia, gdy sama na własne oczy obejrzała następny transport wódek i kolejną transakcję z Moszkiem, na pniu.
Wróciła bardzo przygnębiona. Jechała znów przez Skarżysko i podczas przesiadki, zobaczyła tam wagon zamarzniętych trupów, wyjmowanych z wagonu towarowego. To był dokładnie taki sam wagon, jakim i ona jechała, odczepiony z transportu przesiedlanych. W wagonach osobowych ludzie jakoś przeżyli, ale w towarowych, część była całkowicie zamarznięta, trupy nie dawały się ułożyć i nawet wyciągnąć, bo zachowywały naturalne pozy i często były ze sobą splątane. Dziwne, że jednak w niektórych wagonach towarowych ludzie przeżyli, a w innych nie. Ale kolejarze mówili, że to jeszcze nic, podobno na stację Kraków Płaszów przyjechały dwa składy wagonów towarowych, całe dwa pociągi w których znajdowali się zamarznięci ludzie, przesiedleńcy. Tylko w ogrzewanych wagonach osobowych eskorty, żołnierzy niemieccy byli w dobrej formie, chociaż podobno też nie uszczęśliwieni, przeklinali psią służbę.
Trzeba tutaj wyjaśnić, że stopniowo do transportowania wysiedlonych wprowadzano coraz więcej wagonów osobowych, a towarowe wycofywano. Ale jest tez faktem, że nawet w czasie największych mrozów, transporty więźniów, którym odebrano domy i w ogóle wszystko, wysyłano nadal, a z powodu niespotykanych mrozów, które zupełnie zdezorganizowały komunikację, podróż trwała dłużej. Angus miał okazję rozmawiać później ze znajomymi, którzy jechali takim transportem i nawet w wagonie osobowym z trudem przeżyli, zwłaszcza że mieli ze sobą małe dzieci. Ale z drugiej strony, mówili oni, że eskorta pozwalała nawet matkom z dziećmi wejść do ich ogrzanego wagonu i trochę odtajać, nawet chociaż to dla nich samych łączyło się z niebezpieczeństwem, stanowiło naruszenie obowiązującej dyscypliny i przepisów. Ta znajoma twierdziła, że bez tego jej dzieciak na pewno by nie przeżył, a z drugiej strony Niemcy wyraźnie się bali, nie wie dokładnie, co im mogło grozić, gdyby sprawa się wydała. ale najwyraźniej nie pogłaskano by za to ich po głowie i nie pochwalono.
W Radomiu, matka wprawdzie dotarła do Niemca, w które go kompetencji leżały obecnie sprawy koncesji i udało jej się porozmawiać z nim prywatnie. Jednak żądania, jakie on postawił, były podobno kompletnie nierealne. Angus nie zdołał się w ogóle dowiedzieć, ile wynosiły. Ale z tego, co mówiła matka wynikało, że albo w ogóle przekraczały posiadany przez nią kapitał, albo były bardzo blisko tego, a ona jednak miała zahamowania, obawiała się ryzykować cały stan posiadania. Ale rokowania zostały nawiązane i w drugiej połowie lutego miała ponownie pojechać do Radomia. Miała nadzieję, że może urzędnik niemiecki rozpoczął od wysokich żądań także dlatego, aby zorientować się we własnych kompetencjach i sposobie załatwiania sprawy, gdyż na razie jako człowiek nowy nie znał procedury. Miał wprawdzie władzę, ale musiał posługiwać się wprowadzonymi w tok urzędowania Polakami.
Wybiegając do przodu, trzeba powiedzieć, że matka, po kilku jeszcze wyjazdach ostatecznie dobiła targu w marcu, a w końcu kwietnia rzeczywiście stała się właścicielką koncesji, całkiem bezprawnie, w zamian za wpłaconą łapówkę 2000 marek niemieckich, których wymianę po urzędowym kursie załatwił tenże urzędnik. Koszty w sumie wyniosły ok. 4000 zł plus dodatkowe opłaty za wymianę, w sumie prawie 5000 zł. Ponieważ jednak w międzyczasie skończyły się możliwości zakupów wprost w Łańcucie, a posiadaczom koncesji wyznaczono miesięczny przydział, w hurtowni w Ostrowcu, który następnie stopniowo ograniczano - interes nie okazał się aż tak dobry, jak wyobrażał sobie Angus. Mimo wszystko jednak, umożliwił przetrwanie tego i następnego roku wojny. Niewiele na tym zyskali, jeżeli w ogóle, ale przynajmniej nie stracili z powodu gwałtownej inflacji, która matka trafnie przewidziała. Gdy zostali przywiezieni do Ostrowca i tutaj wypuszczeni, pieniądze jeszcze miały dobrą wartość, na przykład masło kosztowało jeszcze ciągle 2 zł za kg, ale na początku roku już 4 zł, wiosną 14 zł, a przy końcu roku 41 cena dochodziła do 40 zł. Gdyby więc majątek ulokowali w jakimś, nie ulegającym zepsuciu towarze, rezultat byłby taki sam bez dodatkowych starań i wysiłków. Jednak z drugiej strony, po pierwsze nie mieli pojęcia jaki to mógłby być towar ani nie mieli go gdzie przechować, a po drugie matka już raz tak próbowała zrobić, właśnie w Poznaniu i tam zarówno wszystkie nagromadzone zapasy, jak i samo miejsce ich przechowywania zabrali Niemcy. To doświadczenie zniechęcało do podobnego postępowania. Natomiast przy obecnej spekulacji, włożone pieniądze zwracały się przez dłuższy czas, po coraz wyższych cenach, Właściwie skutek taki, jakby kupić coś od razu i potem odbierać w ratach. Podobnie jak przy zapłacie za locum z góry - gdyby tego nie zrobili, pieniądze do końca roku straciłyby ok. 90% wartości.
W pierwszej połowie lutego, mrozy trwały nadal, ale jednak nieco mniejsze, zwłaszcza w dzień. Słońce już się czuło, niebo prawie przez cały czas było pogodne. Angus, ubrany ciepło w grube wełniane skarpety do kolan ( te, które dostał w obozie od cioci i napełnił piaskiem, a potem ćwiczył uderzenia w garnek, wyobrażając sobie, że są to hełmy straży niemieckiej). oraz równie grubą wełnianą bieliznę, którą matka zdążyła już zrobić na drutach i na to kombinezon narciarski, próbował zjeżdżać na nartach z pagórków w lesie po drugiej stronie ulicy.
Niestety, matka w dalszym ciągu kategorycznie nie pozwalała mu na dłuższy, całodzienny wyjazd na saniach z panem Misiorem, czego Angus nie mógł przeboleć. Jako rekompensatę, postarała się o narty dla syna i pozwalała mu na krótsze wycieczki w okolicy. Angusowi bardzo zależało na utrzymaniu się we formie, wzmocnieniu się, gdyż wciąż wierzył, że w końcu uda mu się wziąć udział we walce, a wtedy trzeba być silnym i sprawnym.
Jednak na razie szło mu kiepsko, wprawdzie na płaskim terenie nauczył się poruszać i narty mu się nie plątały. ale zjazd przerywany był licznymi upadkami, po prostu nie potrafił utrzymać równowagi. Powodem był wciąż ten strzał przy prawym uchu, z karabinu opartego o jego ramię, we wrześniu 1939 r. Wprawdzie minął czas. kiedy w położeniu pionowym mógł się utrzymać tylko z otwartymi oczami, ale trwało jeszcze lata, zanim odzyskał wyczucie równowagi. Jazda na nartach była bardzo utrudniona, a później okazało się, że w żaden sposób nie potrafi też utrzymać się na rowerze. Tym nie mniej uparcie próbował i do domu wracał wyczerpany, a o to przecież chodziło.
Oprócz tego, chodził również na wycieczki piesze. W pierwszym rzędzie, prawie codziennie do kaplicy, musiał przecież wypełnić obietnice złożone Panu Bogu, kiedy tak okropnie obawiał się o los matki. Teraz dodatkowo złożył jeszcze nowe obietnice w intencji ojca, o którym ciągle nie było żadnej wiadomości. W związku z tym przeżywał okres wzmożonej nabożności. A oprócz tego dręczyły go pewne obawy sumienia, miał jeszcze nadzieje, że niepotrzebnie, ale odkładał chwilę, kiedy wreszcie zapyta się o nie.
Chodził też w przeciwną stronę, do szosy i dalej za nią, do dawnej bursy gimnazjalnej. obecnie w bursie tej zamieszkało wiele rodzin wysiedlonych z Poznania, a w kuchni na dole, Komitet Opieki zorganizował wydawanie bezpłatnych posiłków dla wszystkich wysiedlonych. Angus uważał wprawdzie, że on i matka są w stosunkowo lepszej sytuacji i nie powinni korzystać z tej formy pomocy. Wielu ludzi, zaskoczonych nocą w domu, nie miało tyle przytomności umysłu i zdecydowania, jak matka, nie zdecydowali się na ryzyko grożące śmiercią, ukrycia części pieniędzy lub kosztowności i pozwolili się całkowicie ograbić. Potem zaś nie wszyscy mieli rodziny, które mogły udzielić im pomocy. Doraźna pomoc należała się przede wszystkim najbardziej nieszczęśliwym. Ostatecznie Angus dał się dopiero przekonać, kiedy matka obiecała mu, że gdy tylko zaczną zarabiać pieniądze, oferuje na Komitet odpowiedni dar, pokrywający z nawiązką to co teraz wezmą i może więcej, zależnie od tego, jak ułoży się sytuacja. Uspokoiwszy w ten sposób sumienie, Angus raz dziennie przynosił w menażce gorącą zupę zwykle kapuśniak lub krupnik, w lepszych dniach grochówkę. Zupę tą pani Misiorowa zwykle ulepszała albo dodawała do gotowanej przez siebie wymieszaną, podawała na obiad. Dla wielu znajdujących się w krytycznej sytuacji osób, taka zupa w południe oraz gorący ciemny płyn zwany kawą z kromką chleba rano i wieczorem były jedynymi posiłkami tej ciężkiej zimy. Wszyscy pocieszali się, że byle do wiosny, gdy słońce przygrzeje, zacznie się oczekiwana ofensywa francuska. Jakoś wytrzymają do tego czasu, jeszcze miesiąc lub dwa.
Sprzymierzeńcy mieli dość czasu, żeby się solidnie przygotować, zgromadzić siły. Mają wszystko nowe, nie ponieśli dotąd żadnych strat, więc szybko pobiją Niemców. Wtedy skończy się wreszcie ten koszmar, wygnani wrócą do swoich domów, a Niemcy będą musieli wszystko zwrócić co zabrali, jeżeli czegoś będzie brakować, to za to zapłacić. - Nie daruję im nawet jednego garnka ani poduszki,- potrząsała ręką jakaś staruszka stojąca w kolejce po zupę, - choćbym miała osobiście pojechać do Berlina i upomnieć się. Jeżeli czegokolwiek w domu będzie brakowało, będą musieli dać mi odszkodowanie.-
Angus nie odzywał się, tylko wzruszył ramionami. To się samo przez się rozumiało, nie warto tracić słów na oczywiste rzeczy. Tylko, trzeba było najpierw pobić Niemców.
W tym właśnie cały problem. On osobiście, jak dotąd ani o cal nie zbliżył się do swego celu, nie znalazł żadnej organizacji prowadzącej, albo choćby tylko przygotowującej się do przyszłej walki. Nie nawiązał żadnych znajomości, brak mu było kontaktów z ludźmi i nie widział możliwości w tym zakresie. Do tej chwili nie miał szans, trzeba szybko zrobić coś zdecydowanego.
Zastanawiał się, czy nie spróbować rozmowy z gospodarzem, Janem Misiorem, ale po namyśle zrezygnował z tego. Misior miał dużo zalet, ale był inwalidą, wypełnił już swój dług wobec ojczyzny i teraz było mało prawdopodobne, żeby chciał się ponownie angażować. Angus miał jeszcze świeżo w pamięci rannych w szpitalu. Inwalidzi, kalecy uważali, że ich droga już się skończyła, obowiązek wypełnili aż w nadmiarze, teraz kolej na innych. Słyszał to kilkakrotnie, kiedy ostrożnie naprowadzał rozmowę na temat, czy oni, do niedawna żołnierze, uważają walkę za zakończoną.
Inna sprawa, gdyby mógł pojechać z nim do jego gospodarstwa i wsi, nie wiedział dokładnie gdzie, ale gdzieś w stronę Kunowa. Misior twierdził z całą pewnością, że widziano tam oddziały Wojska Polskiego. Na pewno trafiłby na ślad..
Ponieważ do teścia Misiora w ogóle nie było sensu się z czymkolwiek zwracać, takie wrażenie odniósł po pierwszych próbach nawiązania rozmowy, pozostawała możliwość, spróbować szczęścia ze Słodkiem. Na szczęście do tego nie doszło, miedzy innymi dlatego, że Angusowi nie udało się jakoś spotkać go samego, a zawsze w towarzystwie żony. To po prostu łaska Boska. Nawet nie wyobrażał sobie, że człowiek ten był konfidentem gestapo. Chociaż prawdopodobnie został nim dopiero później, kiedy wydawało się, że Niemcy już wygrały wojnę.
W takich okolicznościach, doszło do najbardziej niefortunnego i kompromitującego wydarzenia w całej młodości Angusa. Próbował powtórzyć to, co już raz robił w Poznaniu i co, chociaż nie doprowadziło do zamierzonego celu, z początku wydawało się obiecujące. Ale tym razem sytuacja nie powtórzyła się, lecz zakończyła idiotycznie.
Parę dni wcześniej, pani Misiorowa opowiadała o jednej ze swoich znajomych, pani Wybylskiej. - Po drodze, podniosła kilka kamieni i schowała do torebki. A potem, kiedy mieliśmy skręcić z szosy, ona zatrzymała się i ułożyła te kamienie na takim małym stosie, pod drzewem, gdzie śnieg był odgarnięty. Zdziwiona spytałam po co to robi, a ona na to: Przecież jak Niemcy będą na wiosnę uciekali, to właśnie po tej szosie, to będzie ich droga odwrotu, na zachód, prosto do Niemiec. Czym miałabym ich obrzucić, kwiatami? Wybieram kamienie w sam raz pasujące do ręki i mam je przygotowane, będą potrzebne.-
Potem Angus dowiedział się jeszcze, że wymieniona pani jest wielką patriotką, a także żoną podoficera zawodowego, który obecnie trafił do niewoli, ale ponieważ nie ma stopnia oficerskiego, a stopień podoficerski podał niższy, więc jest nadzieja, że może zostanie zwolniony i wróci jako chory. To też gorący patriota i wspaniały człowiek, kolega jej męża, razem poszli na wojnę bolszewicką, tylko on miał więcej szczęścia i wrócił cało, no a potem został we wojsku.
Oczywiście, Angus sprawdził, gdzie leżą te kamienie i przy okazji również, że ta pani mieszka przy ulicy Traugutta. To była taka mała boczna uliczka, położone w samym środku zalesionego terenu, mniej więcej dwieście kroków od bursy w stronę miasta.
Podczas następnej wycieczki narciarskiej, Angus odszukał tą uliczkę, a także dom i prawdopodobne drzwi, a potem zaczął układać sobie, co i jak powiedzieć. Tym razem, usłyszawszy, z jaką osobą będzie miał do czynienia, postanowił od razu przedstawić sprawę jasno, zaczynając od chęci natychmiastowego rozpoczęcia jakichś działań przeciw Niemcom. Nie wiedział wprawdzie jeszcze, co konkretnie mógłby zrobić, ale miał nadzieję, że nad tym zastanowią się już wspólnie. Może ta pani podpowie mu, jaki rodzaj akcji jest możliwy, czy złożyć organizację i zająć się poszukiwaniem kontaktu, czy też może ona może go skierować do kogoś. Takie organizacje na pewno już istnieją i działają. Przez cały dzień i następną noc prawie wcale nie spał, układając sobie, jakich słów użyć, jakie argumenty przedstawić, zwłaszcza jeżeli chodzi o swój wiek, bo tu przewidywał trudności.
Postanowił rozpocząć od tego, co mówiono o gorącym patriotyzmie całej rodziny i jej osobiście i że słyszał, że gotowa jest rzucić się na Niemców choćby z kamieniami (co oczywiście traktował jako przenośnie, wyrażenie intencji). Od razu też chciał przedstawić jej wszystko o swoich dotychczasowych poszukiwaniach, próbach i planach działania. W Poznaniu popełnił błąd, rozpoczynając okólne, ostrożne rozmowy, wyobrażając sobie, że nawiązawszy kontakty z kilkoma starszymi paniami, przygotowuje pierwszy krok do utworzenia tajnej organizacji, gdy tymczasem one traktowały go po prostu jak dziecko, które coś tam sobie gaworzy. Może nie mając nic więcej do roboty i siedząc w domu, były zadowolone mając z kim sobie pogadać, ale to wszystko. Nie brały go w ogóle na serio. Przecież w krytycznej chwili kompletnie zlekceważyły jego wcześniejsze ostrzeżenia, że wszyscy, cała ulica zostaną zabrani z domów przez Niemców. Wprawdzie pomylił się o parę dni i sam zwątpił - ale komentarz, który usłyszał potem, że dzieci mają jednak czasem przeczucia, podobnie jak psy i koty! To już było za dużo, obelga połączona z obrazą!
Więc tym razem postanowił od początku postawić sprawę jasno, opowiedzieć nawet o próbach bez powodzenia, w Poznaniu. W końcu to wszystko co próbował zrobić, nie było bez sensu i gdyby potraktowano go na serio, mogłoby stanowić niezły początek prawdziwej działalności wywiadowczej. Tylko, nie udało mu się wtedy znaleźć nikogo, komu mógłby przekazywać zdobyte przez siebie informacje.
Kiedy wreszcie po długim przygotowywaniu przemowy w lesie, gdzie chodząc na nartach Angus kolejno zwracał się przejętym szeptem do poszczególnych drzew, polerując zwroty i zdania, dalsze zastanawianie się i tak już nic by nie polepszyło. Następny dzień wyznaczył jako decydujący. Oceniając szanse, spodziewał się raczej powodzenia.
Ze słów pani Misiorowej wywnioskował, że nieznana osoba, do której miał się zwrócić, nastawiona jest dokładnie tak samo, jak on. Oczywiście, nie spodziewał się natychmiastowej akceptacji. Zakładał, że prawdopodobnie na początku zostanie potraktowany podejrzliwie, kto wie, czy nawet nie jak niemiecki prowokator. Miał nadzieję, że podając od razu na wstępie szczegółowo wszystkie dane o sobie, gdzie i u kogo mieszka, skąd się tu wziął (że jest jednym z ograbionych i wysiedlonych przez Niemców i siedział w obozie koncentracyjnym, z którego dopiero niedawno wyszedł) - zdoła rozwiać te wątpliwości.
Ewentualnie liczył na sprawdzenie siebie i rodziny, dyskretne zaznajomienie z matką, gotów był poczekać dni albo tygodnie, aż wszystko, co o sobie powiedział się potwierdzi. W najgorszym razie przyjąłby odpowiedź negatywną lub wymijającą, licząc, że po pewnym czasie się zmieni. Natomiast w głębi duszy miał nadzieję, że żona zawodowego wojskowego może mieć jakieś znajomości. Jezeli nie sama, to przynajmniej wspomni o nim komuś, kto bierze udział w działalności niepodległościowej. To wydawało się logiczne, przecież jej środowisko w pierwszym rzędzie powinno mieć takie kontakty.
Tak przygotowany, naładowany i spięty, czy raczej pod wysokim napięciem, Angus następnego dnia przed południem schował narty w lesie i udał się wprost do upatrzonego domu, zapukał do drzwi i zapytał otwierającej, nieznanej kobiety, czy jest tą osobą, o którą mu chodzi. Oznajmił, że prosi tylko o kilka minut rozmowy, koniecznie prywatnie i w cztery oczy, ponieważ ma coś bardzo ważnego do powiedzenia, zaraz wszystko wyjaśni.
- Ale ja nie mam nic do powiedzenia i nie chcę niczego słyszeć, nie życzę sobie żadnej rozmowy - odpowiedziała ta pani.
- Dlaczego, przecież jeszcze nie wie Pani, o co chodzi? - Angus był całkowicie zbity z tropu.
- Dlatego, że nie prowadzę żadnych sekretnych rozmów z młodymi kawalerami, - i drzwi się zatrzasnęły.
Angus stał oszołomiony, niczego nie rozumiał. Wydawało mu się, że wszystko przewidział i szczegółowo obmyślił. Idąc tutaj miał znane wrażenie, że jak kamień spada wprost do celu. Po raz pierwszy to uczucie zawiodło. Śpieszył się, chciał jak najszybciej powiedzieć wszystko, co przygotował, przemyślany wiele razy scenariusz. Po prostu zwykła formalność, tyle razy powtarzał to w myślach, chciał jak najszybciej przejść do istotnej części rozmowy. Tymczasem nawet nie zdążył rozpocząć.
Potrząsając głową i wymachując rękami, bezgłośnie mówiąc sam do siebie, wrócił do pozostawionych nart, ciągle żałując, że nie powiedział o parę słów więcej albo inaczej. Doszedłszy do domu, otworzył furtkę, ale cofnął się znowu i poszedł naprzeciwko, do lasu, aby tam, w samotności, między drzewami jeszcze raz wszystko przemyśleć. Nic nie rozumiał, nie mógł pojąć, dlaczego na samym początku spotkał się z taką nieoczekiwaną reakcją.
Tymczasem gdy po małej godzince wrócił do domu i otworzył drzwi od kuchni, stanął zaskoczony, nie wierząc własnym oczom. Przy stole w kuchni, siedział oczekujący go areopag: ta pani, z którą próbował porozmawiać, obok pani Misiorowej i jego matki. Rozpoczęło się przesłuchanie.
Najpierw matka zapytała go, czy był właśnie w domu tej pani. Nie mógł zaprzeczyć. Następne pytanie, po co tam poszedł i co takiego chciał powiedzieć. Angus milczał przez chwilę, zastanawiał się jak postąpić. Jedno było pewne, nie mógł powiedzieć, że chciał założyć tajną organizację, lub prosić o kontakt do jakiejś istniejącej. Nie chodziło nawet o dochowanie tajemnicy, przecież nie istniała jeszcze żadna tajemnica do dochowania. Ale jedno wydawało się pewne, gdyby teraz odpowiedział na to pytanie, to raz na zawsze zamknąłby sobie drogę, nigdy w życiu nie mógłby liczyć na przyjęcie do żadnej tajnej organizacji. Musiał milczeć.
W końcu oświadczył, że nie może odpowiedzieć na to pytanie i nie ma sensu go powtarzać, bo dopóki żyje niczego więcej nie powie. Mimowolnie, wypowiedział prawie te same słowa, które od dawna przygotowywał sobie na wypadek, gdyby w związku ze swoją wymarzoną działalnością, znalazł się na badaniach w gestapo. Potem już się nie odzywał.
Następny tydzień, należał do najtrudniejszych w życiu Angusa. Całe otoczenie bez przerwy indagowało go i usiłowało nakłonić do mówienia. Tyle, że nikt nie poddał go prawdziwemu naciskowi fizycznemu, inaczej mówiąc nie dostał lania, ale sto razy wolałby, żeby tak się stało. Czuł się tak, że wolałby faktycznie być badany przez gestapo, do czego się od miesięcy przygotowywał. Tutaj otaczała go presja w najlepszej wierze i to od swojego najbliższego otoczenia, stres ogromny i żadnego wyjścia.
Niespodziewanie po kilku dniach, matka zmieniła front i stanęła w jego obronie. Powiedziała, że zna swojego syna i jest pewna, że nie miał żadnych niewłaściwych intencji. To jeszcze dziecko, ma dopiero 11 lat i jest niedojrzały, ale dziecko o dobrych podstawach i absolutnie bez niewłaściwych tendencji. Natomiast często miewał głupie pomysły, zwykle z książek, pewnie tak jest i teraz, dlatego nie chce nic powiedzieć. Ale wie - i to nie jest wiara bezkrytycznej matki, ale oparta na dokładnej znajomości, że nie chodziło o nic niestosownego. Więc na tym, uważa sprawę za zamkniętą.
To trochę ułatwiło przetrwanie, ale jeszcze przez dłuższy czas czuł, że jest poddany bacznej inwigilacji, obserwowany nawet przez dzieci - jak pod mikroskopem. Cokolwiek zrobił albo powiedział, na jakikolwiek temat, traktowano podejrzliwie.
Powoli, sensacja poszła w zapomnienie.
- Nie tak zwyczajnie głupi. On jest tak głupi, że aż trudno w to uwierzyć, nawet sobie nie wyobrażasz, do jakiego stopnia. Najgłupszy dzieciak, dziewięcioletni, ośmioletni, ba, siedmioletni w porównaniu z nim, to ... Nie, to się nie da powiedzieć. On chyba jeszcze wierzy w bociany. Czy ty sobie wyobrażasz, że on nic, ale to zupełnie nic nie wie o chłopakach i dziewczynach - i nie tylko, nie chce wiedzieć, zupełnie nic do niego nie trafia. Nie można z nim nawiązać żadnego kontaktu, zupełnie jakby nie żył dotąd na ziemi, a nagle spadł tu z księżyca. Opowiada jakieś bzdury, przechwala się swoim Poznaniem, jakby to był jakiś inny świat, jakby wszystko było tam lepsze. Wymyśla bujdy, a sam jest taki głupi, zupełnie nic nie wie, poniżej małego dziecka. Kto wie czy to nie upośledzony? -
Angus nie słyszał wszystkiego, co mówiła Violet, ale tylko od czasu do czasu urywki, poszczególne fragmenty. Jednak nie miał najmniejszej wątpliwości, do kogo się odnoszą.
Siedział w swoim pokoju, ale zamiast się czymś zająć, nie potrafił odkleić ucha od dziurki do klucza. Podsłuchiwał, co cichym głosem, szybko i z wielkim przejęciem opowiadała Violet siedzącemu obok niej chłopakowi.
Od kilku dni wielkie mrozy puściły, wprawdzie leżało jeszcze mnóstwo śniegu, który czasem topniał, a czasem przymarzał, ale drogi były przetarte. Do domu przyjechał jeden z mieszkających tu przedtem na stancji gimnazjalistów i został serdecznie powitany przez wszystkich. Miał jakieś sprawy w Ostrowcu i po długiej podróży wstąpił, żeby trochę odpocząć, ogrzać się i zjeść śniadanie, a przy okazji trochę pogadać. Zwłaszcza Violet powitała go z ogromnym entuzjazmem, gdy matka po śniadaniu wyszła do gospodarstwa, prawie na siłę zatrzymała jeszcze trochę i już prawie pół godziny siedzieli sami w kuchni przy stole. Chłopiec wspominał, że musi już jechać, ale ona trzymała go za ręce i nie dawała wstać, siostrę też odesłała, coś jej obiecawszy.
Kapsuła: Szkoła życia. Tajemnice stancji gimnazjalnej.
Ten chłopiec nie był największą sympatię, po prostu jeden z uczestników zabaw. Tak naprawdę, to uwielbiała Staszka Halparka, który zresztą na stancji zajmował specjalne miejsce, zaliczał się do wyższego świata. Halparkowie mieli majątek kilkanaście km od Ostrowca, a chociaż w Polsce formalnie nie miało to już znaczenia, ale w tzw. towarzystwie wielkie - zaliczali się do szlachty. Choć z drugiej strony, nie bardzo starej. Wśród prawdziwej starej szlachty mówiono, że nie są z dobrej szlachty, krótko mówiąc dorobkiewicze i nawet (używając terminologii Krasickiego) przechrzty, wspięli się dopiero od kilku pokoleń, dużo można by powiedzieć. Prawda, pod Wiedniem nie byli, dopiero przy samym schyłku dawnej rzeczpospolitej dorobili się jako zarządcy dóbr magnackich, a potem na dzierżawach. Jednak niewątpliwie bywali w towarzystwie, powiązani i spokrewnieni z wieloma ziemskimi rodzinami, w końcu złośliwych nigdy nie brakowało i każdemu można przypiąć łatkę.
W każdym razie, Halpark był uprzywilejowanym, można powiedzieć honorowym gościem na stancji Misiurów. Najpierw mieszkał w pokoju na dole, właśnie tym, w którym obecnie, przylepiony do drzwi z drugiej strony, znajdował się Angus. Przyjechał z kolegą, uboższym krewnym, który kształcił się na koszt majętnej rodziny, a jego rodzice, przedtem dziadowie, byli zaufanymi i pełnili, można powiedzieć różne funkcje, u swych bogatych powinowatych. Stach Halpark był uznanym, niekwestionowanym szefem, a Ziętek Kopytkowski jego alter ego, wiernym piętaszkiem, chociaż właściwie chodzili do tej samej klasy i byli kolegami. Po kilku latach, starsi już chłopcy dobrali sobie jeszcze jednego kolegę, który też uznawał autorytet Halparka i zamieszkali w trójkę w dużym pokoju na górze, tym zajętym obecnie przez Słodków. Mieli tam więcej miejsca i swobody. W drugim pokoju na górze mieszkali dwaj inni uczniowie z tej samej klasy, a na dole młodsi nowicjusze.
Prawdopodobnie u siebie, w majątku, dobrze rozwinięci, rośli i silni chłopcy mieli już za sobą pierwsze doświadczenia seksualne. Jednak oczywiście tutaj nie tylko nakaz rodziców, ale i regulamin szkolny wykluczał możliwość, żeby jakaś dziewczyna przekroczyła próg stancji dla chłopców. Nawet gdyby gospodarze mieli na ten temat bardziej liberalne zdanie, to nie zaryzykowaliby utraty aprobaty i zgody szkoły na prowadzenie stancji - do tego nie trzeba wiele, wystarczyła mała plama na dobrej opinii.
Na miejscu, były tylko córki gospodarzy, jeszcze nie dojrzałe dzieci. Zaczęło się od niewinnych zabaw, przeważnie wzajemnego łaskotania, zawodów, kto potrafi więcej wytrzymać.
Dopiero ostatniego roku szkolnego, Violet szybko wystrzeliła w górę i bardzo wyładniała, chociaż ciągle była jeszcze zupełnie niedojrzałe dziewczyną, nie miała jeszcze zadatków na kobietę. Nadal przyjaźniła się z chłopcami i odwiedzała ich, lubiła bawić się w łaskotania. Obecnie, w dużym, oddzielnym pokoju na górze warunki stały się łatwiejsze.
Mniej więcej rok temu, kiedy najsilniejszy Kopytkowski przytrzymywał ją i łaskotał, a ona dzielnie i ze wszystkich sił starała się po sobie nie okazać żadnej reakcji, Stach Halpark zauważył, że chociaż nie piszczy ani się nie broni, jest bardzo naprężona. Żeby to zbadać, położył na niej ręce, a po jej gwałtownym odruchu, wsunął je z przodu pod kołnierzykiem na tors. Nie był to gest nieprzyzwoity, miała nadal tors chłopięcy. On też niczego nie szukał ani nie chwytał, nie starał się dodatkowo łaskotać, ale nagle sam dotyk tych rąk, które właściwie nic nie robiły, zupełnie załamał jej wytrzymałość. Przeszyło ją jakby sto elektrycznych prądów i zaczęła piszczeć, jak dziecko (który przecież była), a następnie ugryzła go z całej siły w marynarkę i ramię. Potem dalej krzyczała, tłumiąc się wgryzaniem, całkiem zabrakło jej oddechu, nie była w stanie złapać powietrza. Mówiła później że zdawało się jej, że zaraz umrze, że się zatchnęła i już nigdy nie zdoła odetchnąć.
- Cicho, cicho - uspakajał ją Stach, - przecież ja nic nie robię, wcale nie poruszam rękami.- Rzeczywiście, jego palce prawie się nie przesuwały, bardzo minimalnie, ale uczucie, że tego dotyku wprost nie potrafi wytrzymać, nie ustępowało. Nawet wolno, ledwie poruszające się ręce co chwila dotykały nowego nerwu i czuła, jak powoli zbliżają się do następnego, a kiedy go dotkną po prostu nie była sobie w stanie wyobrazić tej chwili. Chyba świat przestanie istnieć. Kiedy w przerwach udało się jej zaczerpnąć trochę powietrza, bezładnymi słowami błagała o litość, próbowała wytłumaczyć, że nie potrafi więcej znieść, że uznaje swoją przegraną, że jest tylko małą, słabą dziewczynka, że zawsze będzie grzeczna, ale żeby ją wreszcie puścili.
Wtedy Halpark powiedział że zgoda, jeżeli się rozbierze.
- Tak, ja już wiem, co wy chcecie zrobić! Jak się rozbiorę, będziecie mnie mogli wszędzie gilać, jak się wam spodoba. Ja już teraz nie mogę, w ogóle nie mogłam złapać tchu, na pewno się zatchnę i umrę.-
- Obiecuję, że będziemy cię łaskotać tylko trochę, tyle, ile będziesz mogła wytrzymać. Jak będzie za dużo, to powiesz i zaraz przestaniemy, no, nie całkiem, ale pofolgujemy. A poza tym ty też będziesz mogła nas łaskotać, my też się rozbierzemy. -
Nadal pełna podejrzeń i obaw, jednak w końcu usłuchała, bo nie mogła inaczej, nie miała wyboru, nie mogła wytrzymać i zgodziła się na wszystko, żeby tylko na chwilę przestali i mogła zaczerpnąć powietrza.
Rzeczywiście, Stach Halpark dotrzymał słowa, było trochę łaskotania, ale tyle, że to wytrzymała, tylko od czasu do czasu przekraczali granicę i wtedy jeden, dyżurujący z poduszką przy jej głowie przyciskał ją do jej twarzy, żeby nie było słuchać kwiku, a dwaj leżący koło niej folgowali. Oprócz łaskotania, było dużo przytulania się, głaskania i pieszczot, a kiedy się już zmęczyli, chłopcy oglądali ja szczegółowo i chwalili wygląd, mówili, że rozpoczyna się czas urody. Violet z początku nie miała czasu myśleć o wstydzie, a potem przestała go zupełnie odczuwać, chociaż przedtem była bardzo wstydliwa, jak dzieci. Nie łącząc tego zupełnie ze sprawami płci, raczej uważając pokazanie się goło za coś szokującego - nawet kota wyganiała, żeby nie patrzył. Ale tutaj w łóżku i towarzystwie chłopców, również rozebranych, przestała odczuwać skrępowanie.
Jedynie w przyszłości, gdy kiedyś zawołali kolegów mieszkających obok i pokazali ją również im, przez chwilę bardzo chciała się schować, ale później i to przeszło.
Halpark zaproponował reguły na przyszłość, Jeżeli będzie miała ochotę, mogą spotykać się w tajemnicy i zabawiać podobnie co jakiś czas. Obiecał, że on i inni chłopcy nie zrobią jej nic złego, w szczególności nie naruszą jej i nie będą usiłowali odbyć stosunku, może nie w tych dokładnie słowach, ale sprawa była jasna. Wszyscy byli uświadomieni od małego dziecka choćby dzięki bliższemu kontaktowi z naturą. Np. wystarczyło obserwować zwierzęta, żeby wiedzieć, jak wyglądają te sprawy. Traktowano je po prostu, nikt niczego nie ukrywał. Tylko dzieci z miasta mogły być wychowane w nieświadomości.
Postanowili, że nie posuną się zbyt daleko, nie chcieli szukać kłopotów. Dobra zabawa i przygotowanie się do dorosłego życia, nic więcej (chociaż chłopcy onanizowali się potem, ale bez wątpienia robili to i dawniej, jak wszyscy w ich wieku).
Jeżeli chodzi o Violet, pierwsze doświadczenie było wyczerpujące i dziwne, ale stopniowo zaczęła być coraz bardziej zainteresowana tym co się zdarzyło. Tym bardziej, że kazali jej czekać prawie dwa tygodnie, aż się otrząsnęła. Potem ustalili stały dzień tygodnia, kiedy ich koledzy mieszkający w sąsiednim pokoju mieli zajęcia i byli na górze sami. Przeważnie tego się trzymali, nie licząc oczywiście przygodnych, prywatnych okazji. Dziewczyna była coraz chętniejsza, tym bardziej, że Stach Halpark, któremu się całkiem podporządkowała i była zafascynowana, opiekował się nią i starał traktować dobrze. Wprawdzie to było męczące i nieraz trudne, na przykład za pierwszym razem była tak zmęczona, że chcąc przyjść do siebie, przed powrotem do mieszkania przycupnęła na chwilę w obórce i momentalnie usnęła, Obudziła ją dopiero matka gdy przyszła wydoić krowę, ale wytłumaczyła się bez trudu, matka uważała ją ciągle za dziecko.
Violet starała się ze wszystkich sił i coraz więcej uczyła. Nie było łatwo, bo chociaż z początku chłopcy starali się ją oszczędzać, stopniowo stawali się coraz bardziej wymagający. Najpierw nauczyła się tłumić krzyk w poduszce i czasem ją gryźć, potem coraz więcej wytrzymywać, aż w końcu sama zachęcała partnerów i zdradzała swoje słabe punkty, zależało jej, żeby byli zadowoleni i chwalili ją. Starała się też ze wszystkich sił wypełniać wszystkie polecenia i rozkazy, a nie brakowało wciąż nowych pomysłów.
Teraz i ona potrafiła zająć się chłopcem tak skutecznie, że nieraz gwałtownie przerywał zabawę i wyskakiwał z łóżka jak z procy, rzekomo żeby zamienić kolegę stojącego na straży w sąsiednim pokoju, bo do łóżka z dziewczyną szło dwu chłopców, a trzeci kolejno stał na straży. Odkryła, że chłopcy też mają swoje słabe punkty i choć niby silniejsi, można sobie z nimi poradzić. Tylko Stach Halpark zachował nad nią bezwzględną przewagę, samo jego dotknięcie powodowało, tak jak na początku przepływ prądów elektrycznych i to się nie zmieniło. Oczywiście fizycznie nie była jeszcze zdolna osiągnąć szczytu, ale wielkie podniecenie powodowała samą jego obecność. A przy tym, umiał być dosyć delikatny i miły, nie zbyt wymagający. Dziwne, bo przecież specjalnie starała się na każde jego skinienie i z całą pewnością skoczyłaby w ogień i wodę, gdyby tego zechciał.
Zresztą był naturalnym przywódcą i prędzej czy później wszyscy mu się podporządkowywali, również i chłopcy. Obecnie to on proponował reguły gry i zasady ostrożności. Zajął się teoretycznym podkształceniem Violet. Po pewnym czasie pokazał rozebraną Violet mieszkającym w sąsiednim pokoju kolegom i zaprosił ich do wspólnych zabaw. Dotychczasowe, tylko w trójkę, odbywały się nadal w głębokiej tajemnicy co tydzień. Co do dodatkowych okazji, Violet sama decydowała, na co i komu pozwoli. Zdobywając doświadczenie, radziła sobie coraz lepiej. Co do nowych, ich uczestnictwo zapewniało dyskrecję, zabezpieczając przed przypadkowym zdradzeniem się, które przy tak bliskim sąsiedztwie było możliwe, a na dłuższą metę wysoce prawdopodobne. Nowi partnerzy stali się obiektem jej doświadczeń i eksperymentów, dzięki temu uczyła się jeszcze szybciej. Odkryła, jakie to wspaniałe uczucie, być otoczoną przez nadskakujących jej i starających się o względy, jak królowa pszczół wśród trutni.
Ostatni rok przed wojną był najszczęśliwszym w jej życiu, nic podobnego nie miało się powtórzyć, mogła już tylko tęsknić i wspominać. Przegrana wojna, tragedia całego narodu, owszem, dotarły do niej, ale tak w pełni tego nie rozumiała. Ale to, była jej osobista tragedia. Trafiła na swoją wielką szansę, szła od sukcesu do sukcesu, była na fali i widziała przed sobą wymarzoną wspaniałą przyszłość. Zrozumiała, czego chce i szła prosto do celu. Czuła, że potrafi osiągnąć wszystko, warto było starać się ze wszystkich sił dla tak wspaniałych perspektyw. I nagle wszystko się zawaliło, cały jej świat zniknął. Nie zostało w ogóle żadnych chłopców, nie mogła mieć tego, do czego przywykła, co stanowiło sens jej życia. Jeżeli nawet gdzieś byli jacyś, to po pierwsze daleko, nieosiągalni, a po drugie mieli w głowie tylko zabijanie i wstrętną wojnę, a nie dziewczyny.
Kiedy na końcu trafił się jakiś chłopak, okazał się do niczego, pokraka i jeszcze jakiś dziwny, może nienormalny.
Angus nie zdawał sobie sprawy, że nie tylko ma koło siebie dziewczynę głęboko nieszczęśliwą, że i on się do tego przyczynił, stał się źródłem zawodu i coraz większej frustracji. Violet próbowała wszystkiego, co się nauczyła, starała się przełamać barierę, którą narzucił i w końcu zaczęła wątpić sama w siebie.
Teraz, Violet nie chciała obmawiać go złośliwie za plecami, próbowała uzyskać dobrą radę od jednego z dawnych nauczycieli. Starała się dowiedzieć i zrozumieć, co ona źle robi, dlaczego nie ma rezultatów, czy to jej wina, czy też pechowo trafiła na rodzaj drewnianej kukły tylko pozornie przypominającej chłopca, może to osobnik z odchyleniami.
Biedna dziewczyna, utraciła szczęści w życiu. Wszystko, co dobre zaczęło się wcześnie i jeszcze szybciej skończyło. Tym bardziej, żałowała tego, czego nie zdążyła doświadczyć. Nie miała złych intencji, nie chodziło jej o to, żeby kogoś oczerniać. Było sporo racji, w tym co mówiła.
Angus, choć słyszał tylko piąte przez dziesiąte, po prostu pękał ze złości. Zupełnie nie brał pod uwagę, że to przecież on sam, świadomie, zdecydował się udawać głupka, żeby mieć spokój od dziewczyn i skoncentrować się na tym, co najważniejsze, przyszłej walce z Niemcami. Jeżeli tak postanowił i zrobił, to powinien być zadowolony, że mu się tak dobrze udało. Obecna wściekłość była nielogiczna.
Tak naprawdę, to niczego nie musiał udawać, bez wątpienia był zdumiewająco głupim smarkaczem. Inna sprawa, że to wina wychowania. Przez całe swoje dotychczasowe życie wyrastał w świętoszkowatej atmosferze nieprawdopodobnego zakłamania, fałszywej pruderii. Tzw. Wiktoriańska atmosfera to w porównaniu zupełne zero. Dzisiaj chyba normalny człowiek, nawet dzieciak, nie potrafi tego w ogóle zrozumieć - i bardzo dobrze. Dość powiedzieć, że Angus nic, ale to nic nie wiedział nie tylko w sprawach męsko-damskich, ale w ogóle w najprostszych kwestiach biologii i fizjologii. Nawet rannym można być w głowę lub pierś, ostatecznie w rękę lub nogę, ale nie wypadało gdzie indziej.
Wszystko co mówiła dziewczyna to czysta prawda i miała do tego pełne prawo. Angus był nie tylko głupim smarkaczem któremu parę lekcji bardzo by się przydało. ale i paskudnym egocentrykiem który nie zauważał innych ludzi i ich przeżyć wewnętrznych, pragnień i potrzeb. Ta cecha miała pozostać, nawet kiedy ją już dostrzegł.
Ale najgorszy moment tego czystego szaleństwa i paskudnego zachowania Angusa miał dopiero nastąpić. Angus kipiał, bulgotał z wściekłości, ale wciąż jeszcze siedział cicho. Dopiero kiedy Violet wspomniała o jego ostatnim fatalnym niepowodzeniu, na dodatek z takim komentarzem, że próbował zaczepiać starszą panią, ta kropla przepełniła czarę. Angus szarpnął drzwi i wyskoczył ze swego pokoju jak diabeł z pudełka.
W pewnym sensie, była to wściekłość kontrolowana. Z początku Angus miał zamiar nie reagować, tylko ciężko się obrazić i zerwać wszelkie kontakty w przyszłości. Kiedy jednak usłyszał tą ostatnią insynuację, uznał, że musi na nią zareagować. Przekroczona została granica tego, co można znieść i gdyby pozostawił to bez odpowiedzi, utraciłby godność i szacunek. (Dosłownie taka śmieszna myśl przeleciała przez głowę dzieciaka). Ocena dopuszczalnej granicy jest względna i prawie zawsze, ile razy reagował na zasadzie podobnego mechanizmu, okazywało się to błędem. Często podobne błędy popełniali inni ludzie, a nawet całe państwa.
Szukał dopiero słów, nie umiał wyrazić tego, co chciał powiedzieć, mówił bezładnie i dość niezrozumiale. - Violet cały czas mówi o mnie, więc ja też chcę powiedzieć coś o niej. Przede wszystkim, ona jest… jest beznadziejnie tępa, nic nie wie i nie rozumie... - zaczął.
Kopytkowski też zerwał się od stołu. Wszystko co dotąd usłyszał, interesowało go serdecznie mało. Obecnie Violet nie była przydatna, tylko zabierała czas. Ale istniał pewien kodeks zachowania i nie mógł tolerować obrażania dziewczyny w jego towarzystwie.
Niewątpliwie, Angus dostałby wtedy zdrowo po pysku, zwłaszcza, że w obecnym nastroju nie zareagowałby w jedyny racjonalny sposób i nie wycofał się. Raczej rzuciłby się pierwszy na starszego około pięciu lat chłopaka. Jednak w tym momencie, do kuchni wróciła pani Misiorowa. Prowadząc szereg lat stancję, nabrała doświadczenia i teraz zareagowała momentalnie.
- Angus, natychmiast do swojego pokoju. Zamknij za sobą drzwi i siedź tam. Nie jesteś tu mile widziany i nie chcę, żebyś tu przychodził. Zentek, przejdź do pokoju stołowego. Jesteś tu gościem i nie masz co wysiadywać w kuchni. Już! - krzyknęła.
Angus cofnął się, czując się jeszcze głębiej upokorzony. Zentek i Violet z panią Misiorowa przeszli do stołowego pokoju, drzwi się za nimi zamknęły i rozmowy nie było słychać. Wkrótce potem Kopytkowski zaczął się żegnać i odjechał do miasta.
Kopytkowski, od dziecka towarzysz zabaw, kolega szkolny i protegowany Halparka, także jego daleki powinowaty skazany był przez los, który odmówił mu własnego majątku, niestety. Ale nie wątpił, że to sytuacja przejściowa i ze zrobi w życiu karierę. Zdobędzie odpowiednią pozycję, która mu się słusznie należy. Na razie był zaufanym Stacha i całej rodziny Halparków i bardzo starał się, żeby go cenili.
W tych sferach, najprostszym sposobem zrobienia kariery było korzystne małżeństwo, znalezienie bogatej i dobrze usytuowanej kandydatki na żonę. Nazywało to zrobieniem dobrej partii. Zentek miał odpowiednie warunki: był wysoki, wyższy od Stacha i znacznie silniejszy. Chociaż brakowało mu tej skoncentrowanej energii która cechowała Halparka i ustępował mu intelektualnie. Nie miał jednak kompleksów, uważał, że ma wiele innych zalet, na przykład jest przystojniejszy. Bardzo starał się też o rozwinięcie i ulepszenie talentów towarzyskich, jeździł konno równie dobrze, jak tańczył. Od czasu, kiedy matka opowiedziała mu o pewnym kawalerze fortuny, który na balu najlepiej prowadził mazura, ani na chwilę nie spoczął, tańcząc do białego rana i wkrótce potem ożenił się z bogatą hrabianką, naukę tańca traktował poważniej niż szkołę. Violet uważał za sparring-partnera, dzięki któremu mógł nabrać biegłości w obchodzeniu się z dziewczynami i osiągnąć odpowiedni poziom techniczny. Bez sentymentów, czysto instrumentalnie, bo choć miła dziewczyna, przecież nie majętna. W domu Misiorów więcej się nie pokazał. Nie było obecnie warunków na kontynuowanie treningu, a nie miał czasu na rozwiązywanie problemów życiowych dziewczyny ani udzielanie porad.
Natomiast tak się dziwnie złożyło, że w cztery lata później zetknął się z Angusem. Nie poznał go wtedy, bo Angus bardzo wyrósł, a po ciężkiej chorobie wyglądał, jak śmierć na urlopie. Natomiast Kopytkowski był już dorosłym mężczyzną, ciężko przystojnym, ogromnie obiecującym i roztaczającym, według własnej oceny, nieodparty urok. Był grudzień 1943r., Kopytkowski wraz z innym złotym młodzieńcem, oczywiście nie dorównującym mu, przyjechał sankami do miasta i w drodze powrotnej wstąpił do przydrożnej knajpki, żeby się posilić. Angus pełnił obowiązki barmana i za kontuarem podawał napoje i przekąski. Normalnie słuchając co klienci mieli do powiedzenia, czasem dodawał krótką uwagę lub tylko pomruk. Kopytkowski wciąż jeszcze nie znalazł odpowiedniej partii, chociaż najwyraźniej był ulubieńcem kobiet i duszą towarzystwa, także obecnie przyjechał wypełnić kilka poleceń i drobnych usług, które powierzyły mu panie. Znał wszystkich i o wszystkich mówił po imieniu, często z dodatkiem kuzynka lub kuzyn. Niestety, w przyszłości sytuacja tak się pokomplikowała, że cały ten wysiłek się zmarnował. Nie zdołał związać się z odpowiednim domem, bo rynek gwałtownie się skurczył i nie miał nic do zaoferowania. Prawdopodobnie pozostał nadal obiecującym młodzieńcem.
Natomiast jego dawny patron, Stach Halpark znajdował się wtedy w niemieckim więzieniu. Wprawdzie Kopytkowski twierdził, że to tylko przejściowe i wkrótce zostanie zwolniony, bo rodzina już podjęła starania, żeby go wykupić. Wiadomo było, że Niemcy byli na ogół bardzo przekupni i przy odpowiednio dużych pieniądzach, można było wszystko załatwić. Widocznie jednak Halpark miał pecha, bo zmarł w wiezieniu. Zostawił po sobie dobre wspomnienia, mówiono, że pełnił poważne funkcje w konspiracji, a padł ofiarą Petersa, szefa gestapo w Ostrowcu.
Paradoksalnie, w tym samym czasie, kiedy Angus, we własnym mniemaniu, tak racjonalnie, z powodów zasadniczych, aby całkowicie skoncentrować się na najważniejszym zadaniu swego życie, postanowił nie interesować się dziewczynami - pakował się w znacznie gorsze komplikacje. Błądzenie po ciemku, brak jakichkolwiek rzeczowych informacji - a właściwie celowe dostarczanie fałszywych informacji, przy umyślnym odcięciu istotnych prawdziwych, doprowadziło do wytworzenia absurdalnego, zniekształconego obrazu rzeczywistości. To z kolei fatalnie zaciążyło na kilku latach jego życia, wpychając go w ślepy zaułek i szereg razy doprowadzając do granicy samozagłady.
Prawdziwe piekło na ziemi. Żadna najbardziej pechowa przygoda z dziewczyną nie mogłaby tak skutecznie zahamować dążeń do tego wymarzonego celu, tak go zeszmacić, sfrustrować i pozbawić poczucia jakiejkolwiek wartości, godności i wiary w siebie.
Najbardziej śmieszne jest, że te wszystkie, gigantyczne, zawsze przegrane walki ze sobą, napawające go rozpaczą i pogardą dla siebie, rodzące przekonanie, że jest bezwartościowym śmieciem, który nie nadaje się do żadnego wielkiego celu - były niepotrzebne, w ogóle bez sensu.
Angus rozpoczął badania i obserwacje oraz doświadczenia przy swoim penisie jeszcze w czasie pobytu w szpitalu i następnie kontynuował te manipulacje także w nowym domu. Jak już wspomniano, początkowo dostarczało to tylko nieznanych dotąd wrażeń, które jednak nie przypominały uczucia rozkoszy, ani nie kończyły się ejakulacją, ponieważ nie był fizycznie wystarczająco rozwinięty. Właściwie to tylko eksperyment podyktowany ciekawością.
Doznania te i odczucia stawały się coraz silniejsze, aż w pewnym momencie uderzał jakby o niewidzialną ścianę, której nie mógł przekroczyć. Wrażenie było takie, jakby dochodził do granicy możliwości życia - utrata oddechu, czasem nawet na sekundę utrata świadomości, czarno przed oczyma. Zauważył też, że robi się czerwony i czasem pokrywa potem. Odniósł wrażenie, że zbliża się do czegoś niebezpiecznego, nawet trochę przestraszył i na pewien czas powstrzymał. Niewątpliwie, występowały zmiany ciśnienia i akcji serca, z czym jednak młody, rozwijający się organizm szybko sobie radził i wszystko wracało do normy. Dopiero przy schyłku życia mogłyby stać się to rzeczywiście niebezpieczne.
Przerwa nie trwała jednak długo i wrócił do czego już przywykł. Gdzieś w końcu stycznia, nieoczekiwanie nie zatrzymał się, ale przebił tą niewidzialną ścianę i przez kilka chwil spadał, leciał w przepaść, a potem nastąpiło uczucie ulgi i odprężenia. Początkowo wydawało mu się, że ten efekt spowodowany został silnym wyprężaniem nóg i wyprostowaniem, rozciągnięcie wszystkich kości. Dopiero po pewnym czasie zauważył, że występuje przy tym wydzielenie paru kropel przezroczystego, wodnistego płynu. Przypuszczał, że pod wpływem silnych emocji dochodzi do wydzielenia paru kropel moczu, zwłaszcza że to zdarzało się dopiero po kilku sekundach.
Po przekroczeniu niewidzialnej granicy, organizm reagował jakby samodzielnie, nie był w stanie na to wpływać ani powstrzymać, przerwać już rozpoczynającej się reakcji. Raz czy dwa zdarzyło się, że do pokoju nieoczekiwanie ktoś wszedł, zdołał odwrócić się na łóżku i podnieść ręce tak, że głowę miał schowaną między ramionami, ale rozpoczęty proces lotu w otchłań trwał dalej i nic nie mógł poradzić aż sam się nie skończył. Po krótkiej chwili, odwrócił się i zapytał o co chodzi, udając że zasnął.
Krótko mówiąc, Angus odkrył samodzielnie onanizm nie zdając sobie sprawy co to jest i zupełnie nie kojarząc tego ze sprawami płci. Nigdy nie słyszał o żadnych plemnikach i nie wiedział, co to za zwierz. Zresztą najprawdopodobniej w wydzielanym płynie, nie było jeszcze dojrzałych plemników. Nie wyobrażał sobie też, żeby jakaś malutka, niedostrzegalna gołym okiem drobina mogła powodować zapłodnienie i poczęcie dziecka. Właściwie prawie na 100% był przekonany, że zarodkiem dziecka jest jedna z dwu kuleczek w worku moszynowym, które, jak sądził, po umieszczeniu w brzuchu kobiety, rosną i rozwijają się. Zapewne, mężczyźnie odrastają one na nowo lub regenerują się po pewnym czasie. Wprawdzie taka hipoteza nie wyjaśniała rodzenia się trojaczków i czworaczków, nie mówiąc już o tak głośnych przed wojną pięcioraczkach kanadyjskich, ale takie wypadki były niezmiernie rzadkie, mogły występować pewne osobnicze różnice w ilości kulek. Do wyjaśnienia pojedynczych dzieci i bliźniaków ta hipoteza wystarczała.
Podobnie też, Angus nie miał najmniejszych podejrzeń, że to co robi, stanowi według norm religijnych grzech. Przeciwnie, był właśnie w bardzo religijnym okresie życia i często zwracał się do Boga w różnych sprawach. Na przykład teraz, z powodu tak ryzykownej, właściwie szaleńczej eskapady matki do Rzeszy Niemieckiej i z powrotem, dwa razy przez granicę piekła bez żadnych zezwoleń i papierów. Bardzo dużo się modlił, między innymi wypełniając poczynione obietnice i ślubowania. Często klękał do modlitwy albo przed aktem onanizmu, albo wkrótce po nim, czasami zdarzało się, nawet w okresie przerwy, krótkiego odpoczynku między długimi modłami.
Właśnie to sprowadziło pierwsze wątpliwości Angusa. Nie był pewien, czy dotykanie, w końcu raczej wstydliwego, nieprzystojnego miejsca bezpośrednio przed lub po modlitwie nie stanowi braku szacunku. Podobnie jak np. załatwienie potrzeby fizjologicznej, raczej chyba powinno być oddzielone pewną przerwą czasową, może kwadrans albo pół godziny. Gdyby wtedy widział kościoły amerykańskie, zaopatrzone w sanitariaty, zapewne te wątpliwości by mu się nie nasunęły. Ale w Polsce, koło kościołów nie było toalet.
Z drugiej strony to mogła być przesada, nadmierna skrupulatność z jego strony. Dla wyjaśnienia wątpliwości, postanowił zapytać się księdza przy najbliższej spowiedzi.
Spowiedź przebiegła tak, jak można się spodziewać. Ksiądz Młynkowski powiedział zapewne to co powinien, zgodnie z normami. Najpierw wypytał go szczegółowo, gdyż dokładny opis czynności napotykał na pewne zahamowania, Angus stopniowo wyczuwał że coś jest bardzo nie w porządku i trzeba było wyduszać z niego szczegóły. Nie spodziewał się jednak aż do końca, tak surowej oceny: okazało się bowiem, że to co robił stanowiło ciężki grzech, jeden z najgorszych.
Wprawdzie dotąd jeżeli rzeczywiście popełniał go nieświadomie (wydawało się, że właśnie w zakresie, nieświadomości, ksiądz miał pewne wątpliwości i dlatego tak długo indagował Angusa), to aż dotąd nie był to grzech śmiertelny. Ale od tej chwili kwestia już została wyjaśniona.
Obecnie musi z tego zrezygnować. Nie można być jednocześnie wierzącym katolikiem i w tym samym czasie popełniać spokojnie, można powiedzieć stale, bez zahamowań i wyrzutów, grzech śmiertelny. Albo - albo. Musi zwalczyć ten zgubny nałóg. Tu nie chodzi tylko o jego duszę, którą skazuje przecież na wieczne potępienie. Obraża bezpośrednio Pana Boga i za każdym razie bezpośredni rani Jezusa, który przecież już tyle dla niego wycierpiał, przebył męki i śmierć... itd. itd.
Angus był głęboko wstrząśnięty. Tak bardzo, że o nic więcej nie pytał, ani nie prosił o dalsze wyjaśnienia. A przecież nadal, nie widział żadnego związku między tym co robił, a szóstym lub dziewiątym przykazaniem. Przecież nie miał żadnego związku z cudzołóstwem ani w ogóle z kobietami. Ale trudno, skoro ksiądz Młynkowski tak twierdził, to musiał wiedzieć lepiej, przecież był ekspertem od tych spraw (i rzeczywiście był, większym niż Angus przypuszczał, choć to inna historia).
W każdym razie, jeżeli ksiądz wyjaśnia, że to co robił było strasznym grzechem to musiał przyjąć i uznać to pouczenie. Całe szczęście, że popełniał go nieświadomie. Dotąd jeszcze nigdy nie miał na swoim sumieniu grzechu śmiertelnego, same powszednie. Oczywiście, że już nigdy tego więcej nie zrobi. Bardzo żałuje, że robił dotąd. Nie chciał nigdy obrażać Pana Boga ani przysparzać cierpień Panu Jezusowi. Gdyby wiedział, nigdy, przenigdy by się to nie zdarzyło, bezwzględnie przyrzeka poprawę.
Z początku nie wyglądało to tak źle. Raczej szczęście, że się w porę dowiedział. Teraz koniec; ludzie popełniają błędy, tego nie da się uniknąć.
Wkrótce jednak Angus przekonał się że nie tak łatwo zerwać z grzechem. Próbował wiele razy i przeważnie udało mu się wytrwać do tygodnia, najwyżej dziesięciu dni. Nie brakowało mu dobrych chęci, ale wśród dni i godzin, które tak wolno mijały, zawsze znalazła się jedna krótka chwila słabości. Albo gdy zbyt usilnie się obserwował usiłując kontrolować swoje reakcje, albo przeciwnie, gdy usiłował nie myśleć lub nastawić się na coś innego, unikając niewłaściwych skojarzeń, nachodziło go natręctwo myślowe, a wszystko w jednym kierunku.
Przy kolejnej spowiedzi, poprosił o radę. - Chwila słabości, to nie jest żadne tłumaczenie,- usłyszał. - Każdy zbrodniarz, przestępca mógłby powiedzieć, że przez ogromną większość czasu żyje jak normalny, porządny człowiek. Tylko przez krótką chwilę dał się ponieść złu, na przykład kogoś zamordował, albo wydał rozkaz mordowania ludzi. To mogło trwać tylko kilka, albo kilkanaście sekund, a przedtem i potem był bardzo dobrym człowiekiem, karmił ptaszki, lubił dzieci, a nawet mógł chodzić do kościoła.
- Pewnie, że napotykasz trudności, to szatan zsyła na ciebie pokusy. Ulegając grzechowi śmiertelnemu, gubisz swoją duszę i zły duch nie chce zrezygnować z łupu. Musisz walczyć z całych sił, aż zwyciężysz. To nie łatwe zadanie, ale tym większa zasługa, gdy się uda.-
Więc Angus nadal próbował, z podobnym rezultatem, to znaczy bez. Ponieważ takie ciągłe bieganie do spowiedzi i powtarzanie tego samego stało się wprost żenujące, po kolejnym niepowodzeniu postanowił najpierw się poprawić, wytrwać za wszelką cenę i przyjść ponownie dopiero wtedy, kiedy uda mu się pokonać pokusy. Nie mógł i nie chciał uwierzyć że jego wola nie wystarczy, że może się załamać, że jest tak słaba. Wytrwał cały tydzień i kiedy już sądził, że jest na dobrej drodze, ponownie poszedł do spowiedzi i komunii. Jednak w następnym tygodni, utracił stan łaski i ponownie splamił swoją, znów śnieżno-białą duszę.
Po takich załamaniach, gdy sądził, że jest tak czy owak potępiony i zgubiony, grzeszył wielokrotnie. Jeżeli już i tak przegrywał to przynajmniej chciał osiągnąć jakąś rekompensatę. Przekonały się wtedy, jak podstępny i fałszywy jest szatan: Pierwszy grzech, który zdarzał się wbrew jego woli, po długim wstrzymywaniu się, oporze, gigantycznych walkach ze sobą, zwykle w przekonaniu, że będzie to tylko krótkie dotknięcie lub poprawienie nieznośnie dolegającej części ciała, że zdoła się w porę powstrzymać - dostarczał wstrząsającego wrażenia. Przyjemności przekraczała zdolność pojmowania, aż do granicy utraty świadomości. Ale następne razy były mniej przyjemne, a ostatni, ósmy albo czasem dziesiąty raz, tylko zaczynał się wspomnieniem tego co było, potem sprawiał rozczarowanie. Gdy zły duch już miał go w swoich szponach, przestawał się starać.
Wtedy spróbował zupełnie wyczerpać swój organizm, zupełnie się rozczarować i pozbawić wszelkich chęci na przyszłość, przymuszając nawet, gdy już czuł przesyt. Skutkowało na kilka dni, a potem znowu zaczynała się beznadziejna walka ze samym sobą.
Wybiegając w przód, można powiedzieć, że okres najgłębszego załamania przeszedł Angus w 1940 roku, gdy po kilku miesiącach zaczął się obawiać, że sobie nie poradzi. To wydawało się wprost niemożliwe, nieprawdopodobne, a jednak raz za razem się załamywał, każda nowa próba kończyła się niepowodzeniem. Nie chciał i wprost nie mógł się z tym pogodzić, że ma tak słabą wolę.
W końcu doszedł do wniosku, że chodzenie do spowiedzi, obietnice poprawy są z jego strony kłamstwem i obłudą, nigdy nie zdoła wyrwać się z nałogu. Oczywiście, czuł szczery żal, ale jak obiecywać poprawę, wiedząc z góry, że i tak tego nie dotrzyma.
Poczuł do siebie najgłębszą pogardę i obrzydzenie. Mniejsza o jego duszę, niech się smaży w piekle, na nic innego nie zasługiwał. Ale zdradził swego Boga, ranił Pana Jezusa - a potem chodził skamlać o przebaczenie i na nowo robił to samo.
W godzinach próby okazało się właśnie to, czego w podświadomości obawiał się najbardziej, że jest nędznym stworzeniem bez charakteru, śmieciem. Jeżeli zdradził swojego Boga i wszystko, w co głęboko wierzył, to nie nadawał się również do innych celów, nie mógłby zrealizować swoich zamiarów i marzeń. Mógłby zdradzić najgoręcej ukochaną sprawę, wolność ojczyzny, o którą chciał walczyć - i swoich ewentualnych kolegów, gdyby takich znalazł. Gdyby na prawdę znalazł się w Gestapo, tak jak to sobie niekiedy wyobrażał, to pewnie nie zdołałby zachować się jak bohater. Może przez pewien czas próbowałby się opierać, milczeć, ale potem wyśpiewał wszystko, zdradził wszystko i wszystkich, ratował za każdą cenę swoje wstrętne ciało. To jednak dobrze, że nie udało mu się nawiązać kontaktu z żadną tajną organizacją, przecież stanowiłby po prostu zagrożenie publiczne.
Już dawno postanowił, że jeżeli przekona się że nie zasługuje na życie, że brudzi tylko i zohydza świat, będąc podłym gadem, to trzeba ten świat od siebie uwolnić. Najwyraźniej ten czas nadszedł.
Ale jest to oczywiście wybieganie w przyszłość, na razie nie zrezygnował i jeszcze próbował ze sobą walczyć. Przegrywał, ale starał się i wierzył, że w końcu wygra.
Serię niepowodzeń przerwało radosne wydarzenie. Kiedy po kolejnej wycieczce wracał do domu - śniegi stopniały lub jeszcze się topiły, nawet lody na rzece pękały, wszędzie brnęło się we wodzie - na progu powitała go wiadomość, że wrócił ojciec. W pierwszej chwili odpowiedział: - Przecież Prima Aprilis był wczoraj! - A jednak to była prawda. Ostatni, ogromny dar od Boga, który przyjął jego błagania i ślubowania.
Ojciec wyglądał fatalnie, bardzo zmarnowany, zapadnięta twarz, w złym stanie fizycznym, nędznie ubrany, jak włóczęga lub żebrak. Ubranie i płaszcz, które zabrał w dniu wyjazdu, strasznie się zniszczyło, zamiast kapelusza, przyjechał w starej czapce narciarskiej z nausznikami. Wszystkie pozostałe rzeczy mieściły się w małym plecaku typu wojskowego. Ale zapewniał że jest zdrowy, nic mu nie jest i szybko przyjdzie do siebie.
Przede wszystkim, matka przygotowała coś do zjedzenia i już przy stole, ojciec opowiedział najkrócej, jaki zdołał ich znaleźć bo to wydawało się wprost niepojęte. W międzyczasie, w piekarni rozpalono ogień i grzała się ciepła woda, żeby mógł się gruntownie umyć i zrzucić brudne łachy. Ojciec przebrał się, biorąc trochę rzeczy Angusa i dopożyczając coś nie coś od Misiorów. Na szczęście, udało mu się uniknąć wszy.
Na wstępie dowiedzieli się, że przeszedł przez zieloną granicę w grupie uciekinierów z "raju', prowadzonej przez przewodnika. Jak i gdzie, tego dokładnie nie wie, szli nocą. Może jednak było to w pobliżu tego miejsca, które Angus widział z pociągu, w pobliżu Małkini.
Na terenie okupacji niemieckiej, na szczęście, działały jeszcze punkty Czerwonego Krzyża. Tutaj zostali nakarmieni i dostali adresy, gdzie chwilowo mogą się zatrzymać. Tutaj podał nazwisko i dotychczasowy adres rodziny, bo nie wiedział, że zostali wysiedleni i prosił o przesłanie im wiadomości do Poznania. Potem pojechał do Warszawy i spędził tam dwa dni, ściśle mówiąc nie w Warszawie, ale w pobliżu, w Zielonce. Już tam, też za pośrednictwem Czerwonego Krzyża otrzymał wiadomość, że żony i syna nie ma w Poznaniu, że zostali wysiedleni. Potem dowiedział się, że transport wywieziony został do Ostrowca. W końcu znalazł ich adres dzięki temu, że zarejestrowali się na posiłki, które Angus odbierał w kuchni bursy. Całe szczęście, że matka uparła się posyłać Angusa po te obiady. Zresztą w ogóle pasmo szczęśliwych trafów, jeden za drugim.
A zwłaszcza, ojciec nie przestawał chwalić Czerwonego Krzyża. Ta organizacja kończyła już swoją działalność. Formalnie Niemcy ją rozwiązali i nie zezwolili na dalsze działanie. Jednak w związku z likwidacją, nazywało się że trzeba jeszcze dokończyć różne rozpoczęte czynności, uporządkować akta itd. Niemcy mieli ducha biurokratycznego i lubili porządek. Faktycznie Czerwony Krzyż pod tym pozorem działał dalej. Ojciec twierdził, że uratowali mu życie nie raz, ale co najmniej kilka razy. Nie tylko bez tej pomocy zginąłby marnie po drodze, nie odnalazł rodziny, ale na pewno wpadł w łapy Niemców, którzy już w tym czasie wszystkich uciekinierów z raju podejrzewali o szpiegostwo. W odróżnieniu od Rosjan, którzy takich natychmiast likwidowali, nawet nie podejrzewając. Dostał też jakieś antedatowane zaświadczenie, którym się legitymował i różne pisemka, dzięki którym podróżował, właściwie nie miały one żadnej mocy prawnej, ale kolejarze jednak je respektowali. Ci ludzie, właściwie już byli pracownicy Czerwonego Krzyża, podobno po prostu dokonywali cudów choć sami nic nie mieli i żyli niczym, po prostu spalali się w nieustannym poświęceniu. Dawno już oddali to, co mieli własnego, i dalej działali z jałmużny. Od czasów pierwszych chrześcijan nic podobnego na ziemi nie istniało, kto tego nie widział nigdy nie potrafi sobie wyobrazić. (Tak brzmiała relacja ojca, ale potem zainteresowany tym Angus słyszał podobne z także innych źródeł.) Niestety nie udało mu się spotkać samych bohaterów, ich z początku na pół legalna, a potem całkiem nielegalna działalność łączyła się z wysokim ryzykiem. W końcu na bazie pozostałych w dużej mierze zorganizowano Żegotę, jeszcze wyższa śmiertelność).
Bardziej szczegółowe opowiadania ciągnęły się w dalszych dniach. Niemal publiczne odczyty, bo nie tylko rodzina, ale wszyscy mieszkańcy domu (choć nie wszyscy na raz), byli ciekawi i przychodzili posłuchać. Widzieli i wiedzieli, co najmniej słyszeli jak jest w tej części Polski, zajętej przez Niemców, Natomiast nikt nie miał pojęcia, jak naprawdę jest w "raju". Dochodziły z tamtą różne wieści, od umiarkowanie złych do najgorszych, może przesadnych.
W gruncie rzeczy, ojciec Angusa chyba uwielbiał tą sytuację. Był wprawdzie, i sam zawsze to podkreślał, raczej skromnym, małomównym i umiarkowanym człowiekiem, ale kiedy już zabrał głos, lubił gdy wszyscy słuchali go z uwagą. Prawie tak, jak ostatnie soboty przed wojną w Podłazinach, był u Źródła Informacji i z satysfakcją, łaskawie odsłaniał ją profanom.
Ponieważ ich pokoik był za mały, nawet kuchnia nie mieściła całego audytorium, quasi-zebrania przeniesiono na schody w sieni, gdzie na drewnianych, zawsze wymytych stopniach mogło wygodnie zająć miejsca więcej osób.
Była jeszcze jedna przyczyna: ojciec teraz bardzo dużo palił i to nędznych papierosów. Nie było mowy o ściśle wyznaczonej, dziennej porcji, ani o starannym doborze dobrego tytoniu. Ojciec Angusa w tym trudnym okresie życia wprawdzie się nie rozpił - nadal był całkowitym abstynentem, lecz palił co najmniej cztery, albo i pięć razy więcej, niż dawniej. Po pierwsze, przywykł do tego w świecie, gdzie wszyscy dużo palili i to był często jedyny bezpieczny pretekst do odezwania się do drugiego człowieka. Po drugie, kto nie pił i nie palił był podejrzany, a więc on, jako niepijący już był w połowie, gdyby jeszcze i nie palił, byłoby z nim kiepsko...
Przywykł do najgorszych papierosów, takich, których przedtem brzydziłby się wziąć do ręki. Byle były mocne. Powtarzał przy tym, podobno szeroko znany w "raju", kawał: „W Konarmii dają strasznie kiepskie, zepsute siano, aż biedne konie chorują. Potem się to zgarnia, suszy i takie właśnie papierosy z tego wychodzą." Obecnie przestawił się na "Machorkowe", w porównaniu były to podobno luksusowe papierosy, jednak najtańsze. W całym domu właściwie nikt inny nie palił, albo tylko okazyjnie, a matka Angusa żądała, żeby coś z tym zrobił, chociaż ograniczył papierosy. Na to on odpowiadał, że owszem ale później, dużo przeszedł, a papieros go uspakaja. Na schodach mógł palić bez protestów.
Oczywiście, Angus był najbardziej pilnym i gorliwym słuchaczem w zmieniającym się gronie. Zadawał wiele pytań, właściwie inni też. Nie były to odczyty, ani nawet długie monologi-opowiadania. Zaczynało się od pytań i z tego wywiązywała się ogólna rozmowa, w którą wplatały się fragmenty wspomnień, obrazy tego, z czym ojciec się zetknął albo co widział na własne oczy. Komentarzy raczej nie dodawał, dlatego, że te komentarze były oczywiste i zwykle opierałyby się i tak na wspólnych, ogólnie podzielanych przekonaniach. Najwyżej czasem podkreślał jakieś zjawisko, szczególnie paradoksalne lub karykaturalne, w które wprost trudno było uwierzyć i które, na zdrowy rozsądek, nie mogłoby się zdarzyć. Absurd, ale urzędowo nakazany.
Angus bardzo usilnie starał sobie wyrobić jakiś obraz, to był świat którego nigdy nie widział i nie umiał sobie wyobrazić, nawet mimo tego, że wiele fragmentów i szczegółów znał z przed wojny z książek i gazet. Jedno i drugie trudno było złożyć w jakiś zwarty obraz. Klucz do tego znalazł dopiero po latach, kiedy po wojnie Polska znalazła się w rękach Sowietów i sam musiał żyć w nieprawdopodobnym, absurdalnym świecie.
Największą różnicą w stosunku do okupacji niemieckiej był znacznie intensywniejszy i prawie natychmiast, bez odstępu czasowego wprowadzony, powszechny terror. Ton wypowiedzi ojca był mniej więcej taki: - To tutaj to ma być terror? No to cieszcie się, że nie widzieliście jeszcze prawdziwego terroru.-
W skrócie, pociąg ewakuacyjny, którym podróżował się ojciec kilka razy przebył naloty i dopiero za Warszawą, parędziesiąt km przed Brześciem został rozbity przy bombardowaniu. Kilka dni, a raczej nocy próbowano zestawić pozostałość, ale ponowne bombardowanie załatwiło sprawę. Spalono resztę papierów (komiczne, ale ojciec nadal uważał to za ogromną stratę) i transport został rozwiązany, czyli mówiąc obrazowo, ratuj się kto może. Do Brześcia doszedł na piechotę, w mieście nie było już władz rządowych, była za to zerwana komunikacja i mówiono o drugim pierścieniu niemieckiego głębokiego okrążenia, a wkrótce jeszcze o uderzeniu nowego wroga, Sowietów. W tej sytuacji, ojciec zawrócił i forsownie dotarł do Białegostoku, a następnie do Barszczewa, gdzie miał rodzinę. Wkroczenie Sowietów przeżył w Białymstoku.
Bezpośrednio za wkraczającą Armią Czerwoną, szły wojska specjalne GPU. Czerwonoarmiści bali się panicznie tych wojsk. Przeciętny żołnierz rosyjski często był całkiem sympatycznym człowiekiem, ale w grupie przestawał, bo byli podporządkowani prawdziwie wilczym prawom i wilczej hierarchii. Tylko w ten sposób, dostosowując się, mogli przeżyć, zresztą od pokoleń żyli jak niewolnicy, a ostatnio przeżycie stało się jeszcze trudniejsze.
Rosjanie wymagali powszechnego i radosnego powitania. Pytanie, - wam się coś nie podoba,- albo bardziej konkretnie - wam się może ustrój nie podoba? - oznaczało bezpośrednie, poważne zagrożenie życia. Rosjanie nie mordowali na pokaz jak Niemcy, ale po cichu i znacznie więcej, nie mieli powodu straszyć bo i tak wszyscy bali się dostatecznie.
Wojska GPU, zorganizowane w wielkie jednostki i wyposażone w broń ciężką, to była wtedy absolutna nowość. Niemcy dopiero zaczęli tworzyć wojska SS (wcześniej wspomniano o pierwszej chyba takiej jednostce, pułku Germania, który całkowicie wyginął podczas kampanii wrześniowej).
Ojciec miał okazję przyjrzeć się batalionowi motocyklistów GPU, który kilka dni zatrzymał się w Choroszczy. Odróżniali się oni na pierwszy rzut oka wyglądem. Żołnierze byli dobrze, nawet starannie ubrani, co więcej zawsze wyglądali poprawnie, czyści (choć motocykliści!), ogoleni, wielu (być może szarże) nawet pachniało wodą toaletową, choć z drugiej strony te wody miały przenikliwy zapach i dość dziwny. Byli też widocznie lepiej odżywieni i bardzo zdyscyplinowani.
W odróżnieniu od Waffen SS, wojska GPU z zasady nie brały udziału w walkach na froncie, a jedynie z własną armią. Szły za oddziałami frontowymi i jeżeli te nie zdołały wykonać postawionych zadań, wojska GPU wkraczały i robiły porządek, czasem tylko dziesiątkując, a czasem masakrując cofających się swoich.
W wojnie z Polską takiej potrzeby nie było, gdyż Polacy mieli wyraźny rozkaz nie prowadzenia walki z Armią Czerwoną (co było ze strony Rządu Polskiego ciężkim błędem politycznym i przysporzyło wielu ofiar). Jednak blisko Białegostoku, w Grodnie mało jeszcze zdyscyplinowane, mobilizujące się oddziały polskie stawiły spontaniczny i początkowo skuteczny opór. To też doszło do interwencji wojsk GPU, które dokonały rzezi wśród tych oddziałów Armii Czerwonej, które nie wykazały ducha bojowego i cofnęły się. Jednocześnie dokonano masowych egzekucji wśród ludności cywilnej, którą posądzano o wspomaganie polskich oddziałów. To nie były wprawdzie informacje z pierwszej ręki, ale do bliskiego Białegostoku dotarły wiadomości o tych wydarzeniach i nawet ludzie stamtąd.
Natomiast potem mówiono, czy raczej szeptano, że nadzwyczaj krwawe ofiary Armii Czerwonej w kampanii fińskiej spowodowane były tym, że atakujący Rosjanie, nawet w beznadziejnej sytuacji mieli tylko do wyboru zginąć od kul fińskich z przodu albo od kul GPU z tyłu. Dlatego walki odbywały się w sposób, wprost przeczący zdrowemu rozsądkowi. Gorzej niż w I Wojnie Światowej, masa piechurów szła w teren przestrzeliwany przez broń maszynową i ginęli. Ci z przodu jeszcze ciągle mieli nadzieję, że niektórzy ocaleją, natomiast ci co się cofnęli nie mieli żadnej szansy. (Jeżeli to prawda, to być może taka sytuacja powtarzała się i później w wojnie z Niemcami; Rosjanie początkowo byli specjalistami od nadzwyczaj krwawych ataków nie przynoszących żadnego widocznego pożytku, same straty. Dopiero w końcowej fazie wojny zaczęli rozsądniej gospodarować materiałem ludzkim.)
Te oddziały wojskowe, które widział ojciec Angusa, przedstawiały się bardzo różnie. Były oddziały, które wyglądały naprawdę jak wojsko, ale były też takie, które robiły po prostu dziadowskie wrażenie. Między innymi osobiście widział całe grupy piechoty, gdzie może połowa nie miała butów, szli wydawało się w pozbieranych na śmietnikach łapciach, a niektórzy mieli na nogach autentyczne plecionki z łyka (o przyczynach takiego rozpadu najpotężniejszej jeszcze parę lat temu armii świata patrz rozdział 3). Ojciec nie umiał powiedzieć, jak przedstawiał się stosunek liczbowy, jednak przeważało normalne wojsko.
Podobnie jak Niemcy w Wielkopolsce, żołnierze rosyjscy zaskoczeni byli obfitością żywności i zaopatrzeniem w sklepach, ale przeciwnie niż Niemcy, z początku kupowali bardzo ostrożnie. Na przykład chodzili do kilku sklepów i w każdym brali po ćwiartce lub połówce chleba, jakby obawiali się, że więcej kupić nie wolno. W ogóle kupowali wszystko co mogli za urzędowe ceny i właściwie bezwartościowa walutę, na szczęście i tych pieniędzy o wartości papieru mieli mało. Najwyraźniej wielu rzeczy w ogóle nie znali i stąd zdarzały się dziwaczne sytuacje i pomyłki, oczywiście złośliwie komentowane i ośmieszane przez ludność, jak np. przysłowiowe koszule nocne jako wytworne suknie, itp. Po pewnym czasie, sklepy opustoszały i zabrakło wszystkiego.
Ponadto ojciec widział jeszcze coś, co robiło szczególnie wstrząsające wrażenie. Karne bataliony. Czegoś takiego nie było w Wojsku Polskim. W ogóle, takie jednostki tworzy się czasem doraźnie w czasie wojny, ale przecież, chociaż Armia Czerwona wystąpiła wtedy przeciw Polsce wspólnie z Hitlerem, to faktycznie nie musiała prowadzić żadnych działań bojowych, wtedy już wszystko się kończyło.
Taki batalion przez parę dni, można powiedzieć, biwakował na polach koło Barszczewa, bo żołnierzom nie wolno było kwaterować we wsi (tylko dowództwo). Ci ludzie mieli na sobie coś, co wyglądało jak stare, podarte mundury, a zamiast karabinów łopaty i poza tym nic, nawet namiotów. Nie mieli kuchni, w nocy leżeli na ziemi na dworze. Nie myli się ani nie golili i chyba nie jedli, przychodzili ukradkiem do chat prosząc o wrzątek i przy tej okazji dostawali coś do jedzenia. Ale potem okazało się, że dawanie im czegokolwiek nie ma sensu, oni nienawidzili wszystkich, zarówno swoich jak obcych, a tych co im dali jeść jeszcze bardziej za to, że mieli co dawać. Można powiedzieć że zamieniono ich w prawych komunistów, sami nie mieli nic i gotowi byli zabić każdego, kto coś miał. W gruncie rzeczy to jak znaleźć się w towarzystwie chorych, wściekłych zwierząt. Trudno opowiedzieć komuś kto nie widział.
Ludnością cywilną nie zajmowali się jednak żołnierze, ani Armii Czerwonej, ani wojsk GPU. To były tylko mięśnie, zaplecze siłowe, gwarantujące sprawne działanie służb GPU bez porównania sprawniejszych i czynniejszych od Gestapo. W tym okresie który ojciec opisywał, końca 1939 i początku 1940 r. Sowieci, konkretnie GPU, wymordowało znacznie więcej ofiar, niż Niemcy. Niemcy rozpoczęli od bestialskiego, pokazowego mordowania zakładników, ale na razie pastwą ich padło tylko kilka tysięcy ludzi, razem z tymi wymordowanymi bez rozgłosu jeszcze kilkanaście. Niemcy dopiero rozpoczęli przygotowania, budowę wielkich fabryk śmierci.
Rosjanie nie wprowadzali żadnej nowej technologii, nadal rzemieślnicze metody zabijania. Ze względy na ilość zatrudnionych można by poszczególne placówki nazwać manufakturą. Jedynym ulepszeniem było wprowadzenia zasad wyścigu pracy.
Niezwłocznie po zajęciu kraju, służby GPU podjęły swoje czynności dokładnie jak w Rosji. Ludzi zatrzymywano, wsadzano do więzienia i po normalnej, biurokratycznej obróbce mordowano w piwnicy strzałem w tył głowy, porządnie jednego za drugim. Norma wynosiła dziesięciu dziennie, ale dobry kat-pracownik wyrabiał do kilkaset %, co zapewniało dobrą ocenę, nagrody, premie i perspektywy awansu. Nie robiono niczego na pokaz, raczej po cichu a skutecznie. Często ludzie po prostu ginęli, w każdym razie w mieście (tzn. Białymstoku). Wyszli rano do pracy, jak zwykle, ale z ich zakładu wysyłano zapytanie, czemu naruszyli dyscyplinę pracy (to była specjalna, bardzo represyjna ustawa, pracownik podlegał takim mniej więcej obostrzeniom, jak niewolnik na plantacjach) i nie stawili się, po paru dniach przychodziło karne zwolnienie za nieusprawiedliwioną nieobecność. O tych ludziach nikt więcej nie słyszał. Władze zwykle odpowiadały dowiadującej się rodzinie, że taka osoba nie została zatrzymana i nie ma jej w żadnym z więzień.
Z jednym takim wypadkiem, ojciec zetknął się osobiście, gdyż dotyczył on dalekiego powinowatego z pobliskiej Choroszczy, Delikwent niespodziewanie wrócił po miesiącu, chory i w fatalnym stanie, ale nawet rodzinie nie powiedział ani słowa, gdzie był i co się z nim działo. W ogóle nie chciał rozmawiać. Tak się akurat złożyło, że był to prawosławny, z rodziny przymusowo "nawróconych" kiedyś unitów. Ci ludzie przeszli już raz prawdziwą tragedię podczas przymusowej rusyfikacji za carskich czasów i w końcu ulegli, żeby przeżyć. Niestety trzeba powiedzieć, że polskie społeczeństwo zachowało się niewłaściwie, okrutnie, potraktowało ich jak odszczepieńców i poddało ostracyzmowi. Z prawosławnymi nie utrzymywano żadnych stosunków, posądzano ich o zdradę narodu i wysługiwanie się zaborcy - a przecież byli tylko ofiarami przemocy. Nie każdy potrafi zdobyć się na akt bohaterstwa - może nierozsądku. W tym wypadku podobnie, tylko za to, że był to prawosławny, pomawiano go że poszedł na współpracę z GPU i dlatego został wypuszczony. Oczywisty nonsens, jakby GPU uznawało jakąkolwiek religię. Chociaż tutaj ojciec powiedział, że, paradoksalnie, Stalin jako władca Rosji, formalnie był głową kościoła prawosławnego. Tak jak przedtem car - ale tej władzy bezpośrednio nigdy nie wykonywał, cedował ją, dokładnie nie wiadomo komu.
(Wybiegając wprzód, trzeba jednak przyznać, że jakiekolwiek posądzenia okazały się bezpodstawne, ten człowiek nigdy nikomu nie zaszkodził. Może tylko jeden z członków jego rodziny, wtedy jeszcze nie urodzony, dokuczył w przyszłości podatnikom, ale to już inna historia).
W międzyczasie na to, normalne mordowanie, nałożyły się dwie makabryczne akcje masowe, pierwsza z nich w listopadzie do grudnia 1939 r. Zabierano wówczas nie pojedyncze osoby, ale tysiące i dziesiątki tysięcy, w skali całego kraju zapewne setki tysięcy i w nieludzkich warunkach przesiedlano na Sybir. Nie przypominało to nawet akcji prowadzonej przez Niemców, Głównie z tego powodu, że to daleka droga i bardzo trudna podróż. Bardzo wysoka śmiertelność. Nie było wiadomo dokładnie, ale z tego co przeniknęło, mówiło się, że szanse wynosiły mniej więcej pół na pól. Około połowy uwięzionych to przeżyło, miedzy innymi dlatego, że na Syberię jechali w zimie. Przede wszystkim, katastrofa dotknęła inteligencję, ale nie tylko. Także wszystkich, można powiedzieć zawodowo związanych z Państwem Polskim, a więc np. zawodowych (także byłych) żołnierzy, policjantów, także większość nauczycieli, urzędników państwowych i wszelkich organizacji, samorządowych itd. Ponieważ w tym czasie ojciec nie pokazywał się w Białymstoku, ani w Choroszczy, pracował wraz z bratem w gospodarstwie rodziców, formalnie był robotnikiem rolnym, ta akcja szczęśliwie go ominęła.
W parę miesięcy później, w lutym 1940 rozpoczęła się następna jeszcze większa i o wyższej przeciętnej śmiertelności akcja. Wtedy ojciec został ostrzeżony, że milicja i zapewne również GPU zainteresowały się nieznanym człowiekiem, który zamieszkał i pracuje w jednym z gospodarstw wiejskich we wsi Barszczewo. Ale przybył tu niedawno i podejrzewa się, że nie jest robotnikiem rolnym lecz inteligentem, może nawet z tych poszukiwanych kategorii. Więc rodzina złożyła się na dość wysoką opłatę dla zawodowego przewodnika, przeprowadzającego uciekinierów z terenu okupacji rosyjskiej do niemieckiej. Zresztą, pozostając na miejscu, narażałby nie tylko siebie, ale również rodzinę, gdyż ta, ukrywając podejrzany element, co najmniej zakwalifikowana zostałaby także na Sybirną przejażdżkę, jeżeli nie tym, to następnym transportem.
Ostrzeżenie, jakie ojciec i rodzina otrzymali, pochodziło od miejscowych, znajomych Żydów, o ile Angus zapamiętał, chyba z Choroszczy.
Dopiero teraz zrozumiałe stało się dalsze opowiadanie:
- Otóż, - wyjaśniał ojciec- Żydzi zachowywali się różnie. Wiadomo powszechnie, że wielu ważniejszych, a większość zwykłych funkcjonariuszy GPU byli Żydami. Np. w milicji, spotkać można było sporo Białorusinów, Rosjan, Ukraińców, nawet i zaprzańców-Polaków, właściwie wszystkie narodowości zamieszkałe w ZSRR. W GPU zdarzało się to rzadko. Ale to nie byli polscy Żydzi. Z tych, duża większość zachowywała się wprawdzie ostrożnie, ale w porządku. Zwykle od dawna zamieszkałego w Polsce Żyda, a już z reguły ortodoksyjnego, można było odnosić się z zaufaniem, nawet szukać pomocy w nagłej potrzebie. Czasem nie pomogli, bo się bali - całkiem zrozumiałe - ale nigdy nie wydali.
Zresztą to, co się mówiło o żydowskiej solidarności, to po prostu zwykłe bajki. Być może, że dogadywali się trochę lepiej między sobą i Polscy Żydzi byli z początku trochę lepiej traktowani niż Polacy. Ale zdarzały się akcje wymierzone specjalnie przeciw Żydom i wtedy ci, na służbie, specjalnie starali się wykazać bezwzględnością. (Angus później, widząc działalność wysługującej się Niemcom, żydowskiej policji w gettach, może nie tyle zrozumiał, ale pojął to lepiej.)
Trzeba dodać, że wtedy ojciec nie mógł oczywiście znać największej tragedii. jaka miała dotknąć polskich Żydów na terenie ZSRR w czerwcu 1940. Gorszej niż wszystko, co dotąd spotkało Polaków. Przypuszczenia o jakimś ulgowym traktowaniu okazały się wielkim nieporozumieniem.
Uzupełnienie i Komentarz autora:
Dalsze Kapsuły i zawarte w nich informacje na ten temat patrz dalej w rozdziałach 8, 9 i 11, poza tym krótkie dane rozsiane są po całej książce. Relacja ojca jest pierwszym źródłem, które autor mógł traktować z pełnym zaufaniem, równie dobrym lub lepszym, jak własną pamięć. Lecz chociaż fakty są całkowicie wiarygodne, to wnioski, interpretacja i komentarz wymaga wyjaśnienia. Ojciec Angusa miał zawsze przekonania narodowo-demokratyczne i następnie stał się żarliwym stronnikiem Endecji w wersji Dmowskiego. Jak wiadomo, Dmowski radykalnie zmienił ideologię dawnej Ligi Polskiej, z programu idealistycznego, walki o wolność wszystkich narodów, na pragmatyczny, oparty na „rozumnym” egoizmie narodowym. Praktycznie szukał porozumienia z Rosją. W związku z tym ostatnim zaistniała sprzeczność interesów między Żydami i Polakami. Dmowski logicznie musiał przechylić się na stronę mocniejszego, do umiarkowanego antysemityzmu, lecz nigdy nie akceptował drapieżnej, morderczej jego odmiany, krwawych ekscesów rosyjskich.
Mimo niewątpliwych zdolności dyplomatycznych, Dmowski nigdy nie został „Polskim Bismarckiem” nie osiągnął pozycji umożliwiającej realizację swego programu. To ideał powszechnej walki o wolność wszystkich narodów, mimo wielu klęsk, ukształtował dobrą opinię światową i ostatecznie przyczynił się do odzyskania wolności i niepodległości.
Od naocznego świadka, wiadomości z „Raju”. Sowieckiego.
Bezpośrednio za wkraczającą Armią Czerwoną, szły wojska specjalne GPU. Czerwonoarmiści bali się panicznie tych wojsk. Przeciętny żołnierz rosyjski często był całkiem sympatycznym człowiekiem, ale w grupie przestawał, podporządkowany prawdziwie wilczym prawom i wilczej hierarchii. Tylko w jeden sposób, dostosowując się, mógł przeżyć, od pokoleń wszyscy żyli jak niewolnicy, a ostatnio przeżycie stało się dużo trudniejsze.
Rosjanie wymagali powszechnego i radosnego powitania. Pytanie, - wam się coś nie podoba?,- albo bardziej konkretnie - wam się może ustrój nie podoba? - oznaczało bezpośrednie, poważne zagrożenie życia. Nie mordowali na pokaz jak Niemcy, ale po cichu i znacznie więcej. Nie starali się straszyć, bo i tak wszyscy bali się dostatecznie.
Wojska GPU, zorganizowane w wielkie jednostki i wyposażone w broń ciężką, to była absolutna nowość. Niemcy dopiero zaczęli tworzyć wojska SS (wcześniej wspomniano o pierwszej takiej jednostce, pułku Germania, który całkowicie wyginął w kampanii wrześniowej).
Ojciec miał okazję przyjrzeć się batalionowi motocyklistów GPU, który kilka dni zatrzymał się w Choroszczy. Odróżniali się na pierwszy rzut oka wyglądem. Żołnierze byli dobrze, nawet starannie ubrani, wyglądali poprawnie, czyści (choć motocykliści!), ogoleni. Wielu (może szarże) pachniało wodą toaletową, choć te wody miały przenikliwy i dziwny zapach. Byli widocznie lepiej odżywieni i bardzo zdyscyplinowani.
W odróżnieniu od Waffen SS, wojska GPU nigdy nie brały udziału w walkach na froncie, a jedynie z własną armią. Szły za oddziałami frontowymi i jeżeli te nie zdołały wykonać postawionych zadań, wojska GPU wkraczały i robiły porządek, czasem dziesiątkując, a czasem masakrując cofających się swoich.
W wojnie z Polską takiej potrzeby nie było, Polacy mieli wyraźny rozkaz nie prowadzenia walki z Armią Czerwoną (co było ze strony Rządu Polskiego ciężkim błędem politycznym i przysporzyło wielu ofiar). Jednak blisko Białegostoku, w Grodnie mało jeszcze zdyscyplinowane, mobilizujące się oddziały polskie stawiły spontaniczny i początkowo skuteczny opór. To też, doszło do interwencji wojsk GPU, które dokonały rzezi wśród tych oddziałów Armii Czerwonej, które nie wykazały ducha bojowego, cofając się. Jednocześnie dokonano masowych egzekucji wśród ludności cywilnej, którą posądzano o wspomaganie polskich oddziałów. To nie były informacje z pierwszej ręki, do bliskiego Białegostoku dotarły wiadomości o tych wydarzeniach, a nawet ludzie stamtąd.
Natomiast potem mówiono, raczej szeptano, że nadzwyczaj krwawe ofiary Armii Czerwonej w kampanii fińskiej spowodowane były tym, że atakujący Rosjanie, nawet w beznadziejnej sytuacji mieli tylko do wyboru zginąć od kul fińskich z przodu albo od kul GPU z tyłu. Dlatego walki prowadzono w sposób, przeczący zdrowemu rozsądkowi. Gorzej niż w I Wojnie Światowej, masa piechurów szła w teren przestrzeliwany przez broń maszynową i ginęli. Ci z przodu ciągle mieli nadzieję, że niektórzy ocaleją, natomiast ci co się cofnęli nie mieli żadnej szansy. (Jeżeli to prawda, to być może taka sytuacja powtarzała się i później w wojnie z Niemcami; Sowieci początkowo specjalizowali się w nadzwyczaj krwawych atakach. nie przynoszących żadnego widocznego pożytku, same straty. Dopiero w końcowej fazie wojny zaczęli rozsądniej gospodarować zasobami ludzkimi.)
Te oddziały wojskowe, które widział ojciec Angusa, przedstawiały się różnie. Były oddziały, które wyglądały jak wojsko, ale też takie, które robiły dziadowskie wrażenie. Widział grupy piechoty, gdzie może połowa nie miała butów, szli wydawało się w pozbieranych na śmietnikach łapciach, a niektórzy mieli na nogach autentyczne plecionki z łyka (o przyczynach takiego rozpadu najpotężniejszej jeszcze parę lat temu armii świata patrz rozdział 3). Ojciec nie umiał powiedzieć, jaki był stosunek liczbowy, jednak przeważało normalne wojsko.
Podobnie jak Niemcy w Wielkopolsce, żołnierze rosyjscy zaskoczeni byli obfitością żywności i zaopatrzeniem w sklepach, ale przeciwnie niż Niemcy, z początku kupowali bardzo ostrożnie. Na przykład chodzili do kilku sklepów i w każdym brali po ćwiartce lub połówce chleba, jakby obawiali się, że więcej kupić nie wolno. W ogóle kupowali wszystko co mogli za urzędowe ceny i właściwie bezwartościowa walutę, na szczęście i tych pieniędzy o wartości papieru mieli mało. Najwyraźniej wielu rzeczy w ogóle nie znali i stąd zdarzały się dziwaczne sytuacje i pomyłki, oczywiście złośliwie komentowane i ośmieszane przez ludność, jak np. przysłowiowe koszule nocne jako wytworne suknie, itp. Po pewnym czasie, sklepy opustoszały i zabrakło wszystkiego.
Ponadto ojciec zobaczył coś, co zrobiło szczególnie wstrząsające wrażenie. Karny batalion. Czegoś takiego nie było w Wojsku Polskim. W ogóle, takie jednostki tworzy się czasem doraźnie w czasie wojny, ale przecież, chociaż Armia Czerwona napadła Polskę wspólnie z Hitlerem, to faktycznie nie musiała prowadzić działań bojowych, wszystko już się kończyło.
Taki batalion przez parę dni, można powiedzieć, biwakował na polach koło Barszczewa, żołnierzom nie wolno było kwaterować we wsi (tylko dowództwo). Ci ludzie mieli na sobie coś, co wyglądało jak stare, podarte mundury, a zamiast karabinów łopaty i poza tym nic, nawet namiotów. Nie mieli kuchni, w nocy leżeli na ziemi na dworze. Nie myli się ani nie golili i chyba nie jedli, przychodzili ukradkiem do chat prosząc o wrzątek i przy tej okazji dostawali coś do jedzenia. Okazało się, że dawanie im czegokolwiek nie ma sensu, nienawidzili wszystkich, zarówno swoich jak obcych, a tych co im dali jeść jeszcze bardziej za to, że mieli co dawać. Można powiedzieć że zamieniono ich w prawych komunistów, sami nie mieli nic i gotowi byli zabić każdego, kto cokolwiek miał. W gruncie rzeczy to jak znaleźć się w towarzystwie chorych, wściekłych zwierząt. Trudno pojąć komuś, kto nie widział.
Ludnością cywilną nie zajmowali się żołnierze, ani Armii Czerwonej, ani wojsk GPU. To były mięśnie, zaplecze siłowe, gwarantujące sprawne działanie służb GPU bez porównania sprawniejszych i pracowitych od Gestapo. W tym okresie, ojciec mówił o końcu 1939 i początku 1940 r. GPU, wymordowało znacznie więcej ofiar, niż Niemcy. Niemcy rozpoczęli od bestialskiego, pokazowego mordowania zakładników, ale na razie pastwą ich padło tylko kilka tysięcy ludzi, razem z tymi wymordowanymi bez rozgłosu jeszcze kilkanaście. Niemcy dopiero rozpoczęli przygotowania, budowę wielkich fabryk śmierci.
Rosjanie nie wprowadzali żadnej nowej technologii, nadal rzemieślnicze metody zabijania. Ze względy na ilość zatrudnionych poszczególne placówki można by nazwać manufakturą. Jedynym ulepszeniem było wprowadzenia zasad wyścigu pracy.
Niezwłocznie po zajęciu kraju, służby GPU podjęły swe czynności dokładnie jak w Rosji. Ludzi zatrzymywano, wsadzano do więzienia i po normalnej, biurokratycznej obróbce mordowano w piwnicy strzałem w tył głowy, porządnie, jednego za drugim. Norma wynosiła dziesięciu dziennie, ale dobry, pracowity kat wyrabiał do kilkaset % normy, co zapewniało dobrą ocenę, nagrody, premie i perspektywy awansu. Nie robiono niczego na pokaz, raczej po cichu a skutecznie. Często ludzie po prostu ginęli, w każdym razie w mieście (tzn. Białymstoku). Wyszli rano do pracy, jak zwykle, z ich zakładu wysyłano zapytanie, czemu naruszyli dyscyplinę pracy (specjalna, bardzo represyjna ustawa, pracownik podlegał takim mniej więcej obostrzeniom, jak niewolnik na plantacjach) i nie stawili się. Po paru dniach przychodziło karne zwolnienie za nieusprawiedliwioną nieobecność. O tych ludziach nikt więcej nie słyszał. Władze zwykle odpowiadały dowiadującej się rodzinie, że taka osoba nie została zatrzymana i nie ma jej w żadnym z więzień.
Z jednym takim wypadkiem, ojciec zetknął się osobiście, dotyczył on dalekiego powinowatego z pobliskiej Choroszczy, Delikwent niespodziewanie wrócił po miesiącu, chory i w fatalnym stanie, rodzinie nie powiedział ani słowa, gdzie był i co się z nim działo. W ogóle nie chciał rozmawiać. Tak się akurat złożyło, że był to prawosławny, z rodziny przymusowo "nawróconych" kiedyś unitów. Ci ludzie przeszli już raz prawdziwą tragedię podczas przymusowej rusyfikacji za carskich czasów, w końcu ulegli, żeby przeżyć. Niestety trzeba powiedzieć, że polskie społeczeństwo zachowało się niewłaściwie, okrutnie, potraktowało ich jak odszczepieńców i poddało ostracyzmowi. Z prawosławnymi nie utrzymywano żadnych stosunków, posądzano ich o zdradę narodu i wysługiwanie się zaborcy - choć byli tylko ofiarami przemocy. Nie każdy potrafi zdobyć się na akt bohaterstwa - lub nierozsądku. W tym wypadku podobnie, tylko za to, że był to prawosławny, pomawiano go że poszedł na współpracę z GPU i dlatego został wypuszczony. Oczywisty nonsens, jakby GPU uznawało jakąkolwiek religię. Chociaż ojciec wspomniał, że, paradoksalnie, Stalin jako władca Rosji, był głową kościoła prawosławnego. Tak jak przedtem car. Tej władzy nie wykonywał bezpośrednio, scedował ją, nie wiadomo komu, ale na pewno bojowemu komuniście i wrogowi religii.
Uzupełnienie i następnie wyjaśnienia autora:
Dalsze Kapsuły i zawarte w nich informacje na ten temat patrz dalej w rozdziałach 8, 9 i 11, poza tym krótkie dane rozsiane są po całej książce. Relacja ojca jest pierwszym źródłem, które autor mógł traktować z pełnym zaufaniem, pewnym, jak własną pamięć lub lepiej. Chociaż fakty są całkowicie wiarygodne, to wnioski, interpretacja i komentarz wymaga wyjaśnienia. Ojciec Angusa miał zawsze przekonania narodowo-demokratyczne i stał się żarliwym stronnikiem Endecji w wersji Dmowskiego. Jak wiadomo, Dmowski radykalnie zmienił ideologię dawnej Ligi Polskiej, z programu idealistycznego, powszechnej walki o wolność wszystkich narodów, na pragmatyczny, oparty na „rozumnym” egoizmie narodowym. Szukał porozumienia z Rosją. W związku z tym wynikła sprzeczność interesów z Żydami. Dmowski logicznie musiał przechylić się na stronę mocniejszego, do umiarkowanego antysemityzmu, lecz nigdy nie akceptował drapieżnej, morderczej jego odmiany, krwawych ekscesów rosyjskich.
Mimo niewątpliwych zdolności dyplomatycznych, Dmowski nie został „Polskim Bismarckiem” nie osiągnął pozycji umożliwiającej realizację swego programu. To ideał walki o wolność wszystkich narodów, mimo wielu klęsk, ukształtował dla Polski opinię światową i ostatecznie przyczynił się do odzyskania wolności i niepodległości.
Otrzymane ostrzeżenie uratowało ojcu życie. Ale sprawa nie była prosta, musiał odczekać na swoją kolejkę do przejścia zielonej granicy. Zajęcie to dla przewodników stawało się coraz niebezpieczniejsze, bardziej ryzykowne i nie podejmowali się oni prowadzenia większych grup - a w ogóle przyjmowali na swoich warunkach i w wybranym przez siebie czasie. Żadna zapłata, mówili krótko fachowcy, nie jest warta śmierci.
Resztę lutego i połowę marca spędził ojciec przesiadując w poczekalniach różnych urzędów. Interesanci spędzali kolejne dni, oczekując na załatwienie spraw, których urzędy nie załatwiały, ani nie podejmując żadnej decyzji. Tłum tłoczył się, w obłokach dymu tytoniowego na brudnej i zaplutej podłodze, której nikt nigdy nie sprzątał. Tu można było najłatwiej się ukryć, trzeba było tylko zachowywać się jak wszyscy, nie podpaść, bo i tutaj trafiali się donosiciele - i zwłaszcza dużo palić. Przynajmniej GPU ani milicja nie szukały tam nikogo.
Wyrobił sobie pozwolenie na przejazd koleją do Brześcia i z powrotem, do wyższej instancji. To przydało się bardzo, potem część dojazdu do granicy odbył koleją. O samym przejściu kategorycznie nie zgodził się nic powiedzieć, ni słowa. Zdrowy rozsądek, wielokrotnie zdarzało się, że gadatliwość w podobnych wypadkach szkodziła innym ludziom.
Tak czy inaczej, otrzymane ostrzeżenie zapewne uratowało ojcu życie. Ale sprawa nadal nie była prosta, musiał jeszcze odczekać na swoją kolejkę do przejścia zielonej granicy. Zajęcie to dla przewodników stawało się coraz niebezpieczniejsze, bardziej ryzykowne i przewodnicy nie podejmowali się teraz prowadzenia większych grup - a w ogóle przyjmowali na swoich warunkach i w wybranym przez siebie czasie. Żadna zapłata, stwierdził krótko fachowiec, nie jest warta śmierci.
Resztę lutego i połowę marca spędził ojciec przesiadując w poczekalniach różnych urzędów. Interesanci spędzali tam cale dnie oczekując na załatwienie różnych spraw, których urzędy nie załatwiały, ani nie podejmowały żadnej decyzji. Tłum tłoczył się, w obłokach dymu tytoniowego na brudnej i zaplutej podłodze, której nikt nigdy nie sprzątał. Tu można było najłatwiej się ukryć, trzeba było tylko zachowywać się jak wszyscy, nie podpaść, bo naturalnie i tutaj trafiali się donosiciele - i zwłaszcza dużo palić. Przynajmniej GPU ani milicja nie szukały tam nikogo.
W tym czasie wyrobił sobie pozwolenie na przejazd koleją do Brześcia i z powrotem, w jakiejś wymyślonej sprawie, do wyższej instancji. To przydało mu się bardzo, gdyż część dojazdu do granicy odbył koleją. Natomiast o samym przejściu kategorycznie nie zgodził się nic powiedzieć, słowo to słowo. Zrozumiały rozsądek, wiele razy zdarzało się, że gadatliwość w podobnych wypadkach zaszkodziła także innym ludziom.
Może zresztą ta wstrzemięźliwość była wynikiem nie tylko zasad i dojrzałości, ale także i tego, że każda sensacja powoli blednie. Na domowe konferencje, przychodziło coraz mniej ciekawych, coraz częściej wypadały im różne zajęcia. Stopniowo zdarzało się, że wraz z Angusem na schodach siedziały tylko jedna lub dwie osoby, nawet matka przestała się pojawiać. Jednak możliwość wygadania się, bardzo podbudowała psychicznie ojca Angusa i chyba chętnie kontynuował by to dalej. Wyraźnie się odprężył i poprawił, resztę zrobiło regularne dokarmianie i odpoczynek.
Zakończenie nadeszło w sposób naturalny, jedna sensacja wyparła drugą. W tydzień po tym powrocie, gazety doniosły, że wojska niemieckie uderzyły na Danię i Norwegię. Skończył się martwy sezon, wojna wróciła na pierwsze miejsce.